sobota, 12 listopada 2016

Recenzja - Dark Tranquillity - Atoma

Dark Tranquillity - Atoma

Na początek stwierdźmy coś oczywistego - niektóre konwencje znoszą próbę czasu dużo lepiej niż inne. Melodyjny death metal zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy, a jednym z najznamienitszych przedstawicieli tego nurtu jest właśnie Dark Tranquillity. Panowie utożsamiają zarówno wszystko co najlepsze w gatunku, jak i jego największe wady. Choć od dawna ciężko zauważyć w ich muzyce jakiekolwiek ślady rozwoju, to należą im się również słowa uznania, bowiem pomimo tego dają radę regularnie wypuszczać albumy na całkiem solidnym poziomie. Nie inaczej jest tym razem, a wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że ich popisowe danie wyszło im najlepiej od dłuższego czasu.
Klasycy z Göteborga wyciągają tu z rękawa wszystkie swoje stare sztuczki, które wszyscy znamy i kochamy. Standardowe konstrukcje refren-zwrotka-refren, w których agresywna sekcja rytmiczna oraz growle kontrastują z delikatnymi, chłodnymi, wyraźnie skandynawskimi melodiami klawiszowymi, urzekającymi solówkami, spokojnym, czystym śpiewem Mikaela Stanne oraz chwytliwymi motywami, które bez najmniejszego problemu zapadają w pamięć. Słoniem w pokoju jest tu oczywiście całkowity brak oryginalności, lecz nawet jeśli słyszeliśmy takie kompozycje już setki razy, żadna piosenka nie zaskoczy nas żadnym nieoczekiwanym zwrotem akcji, a pewne fragmenty sprawiają wrażenie, że już to gdzieś słyszeliśmy, to trudno nie ulec wrażeniu, iż właśnie słuchamy mistrzów w swoim fachu, nad którym pracowali praktycznie całe swoje życie. Zaskakująco melodyjne riffy gitarowe to największa zaleta albumu. Dzieje się tu naprawdę dużo, a melodie zostały na tyle rozbudowane, że nigdy nie sprawiają wrażenia dwóch zapętlonych taktów, które mają przyciągnąć niezbyt wymagających słuchaczy. Utwory, choć nie eksperymentują z formą to też z reguły nie stoją przesadnie długo w jednym miejscu i nie są nazbyt rozciągnięte. Mamy tu do czynienia z bardzo solidnym, książkowym przykładem melodeathu, który nie wnosi do tematu nic nowego, lecz z pewnością przypadnie do gustu fanom konwencji.
Od strony produkcyjnej "Atoma" wypada całkiem przyzwoicie, jednak pojawia się jedno, dość zauważalne zastrzeżenie. Choć całość, a zwłaszcza klawisze oraz czysty śpiew, otwierają w muzyce całkiem sporą przestrzeń, to nagranie perkusji nie dorasta do tego standardu. Bębny, a zwłaszcza talerze wydają się nieco przytłumione, płaskie, miejscami wręcz głuche i nie dostają pola by wybrzmieć. Poza tym jednak zarówno czystość, jak również dynamika nagrania nie dają powodów do narzekań.
"Atoma" to bez wątpienia najlepszy album Dark Tranquillity od czasu "Fiction", a niektórzy mogliby się kłócić, że wręcz od "Character", jednak w związku z porażającą ilością melodeathu, jaki od dłuższego czasu wylewa się na nas zewsząd w zupełnie nierozsądnych ilościach, nie jest w stanie wywrzeć tak piorunującego wrażenia jak poprzednicy. Dla każdego fana tradycyjnego brzmienia z Göteborga jest to pozycja obowiązkowa, jednak muszę lojalnie uprzedzić, iż osobiście odczuwam nieodparte wrażenie nie tylko, że już kiedyś słyszałem tę płytę, lecz nawet, że o niej pisałem.

8/10

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza