poniedziałek, 29 czerwca 2015

Płyta na dziś - Fair To Midland - Fables from a Mayfly: What I Tell You Three Times Is True

Fair To Midland - Fables from a Mayfly: What I Tell You Three Times Is True

Tym razem coś dla wielbicieli bardziej ambitnego, nowoczesnego rocka. Jeśli uważacie 30 Seconds To Mars, bądź inną porażkę w stylu Three Days Grace za największe osiągnięcie gatunku w ostatnich latach, to bardzo mi przykro, ale wygląda mi to na ostry przypadek słuchania radia. Fair To Midland udowadnia, że w tej konwencji da się jeszcze zrobić bardzo wiele, a przystępność nie wyklucza kreatywności.
Pomimo przydługawego tytułu płyty, piosenki są tu bardzo zwarte i nigdy nie przynudzają zbędnymi dłużyznami. Chociaż większość z nich oscyluje w okolicach czterech minut, nie znaczy to, że są po prostu banalnymi radiowymi kawałkami, powtarzającymi te same motywy do upadłego. Są one wypchane po brzegi świetnymi pomysłami, popisami instrumentalistów, intrygującymi zwrotami akcji oraz wspaniałymi, zapadającymi w pamięć melodiami. Imponująca jest również ilość środków, których użyli kompozytorzy oraz jak wiele z nich wycisnęli, by osiągnąć niebywale bogate brzmienie, w którym każdy z instrumentów jest równie istotny. "Fables from a Mayfly"  to płyta jednocześnie prosta, bo dostarczająca wielu chwytliwych, powtarzających się refrenów, a zarazem złożona z uwagi na to jak wiele dzieje się na drugim planie. Partie każdego z instrumentalistów są godna uwagi, nieraz zdarza się, że obok siebie znajdziemy interesującą melodię basową, nietuzinkowe akordy gitarowe, melodyjne, klawiszowe motywy, pomysłowe nabicia oraz oczywiście genialne, wpadające w ucho wokale. Niewielu kompozytorów jest w stanie tak złożyć swoje kompozycje, by tak wiele, równie interesujących partii współbrzmiało ze sobą w tym samym czasie, lecz tym panom udało się to bezbłędnie. Ilość pracy włożonej przez zespół w swoje kawałki imponuje i dzięki niej przy każdym przesłuchaniu albumu można wychwycić coś nowego. Co prawda sami muzycy swoimi umiejętnościami nie prezentują może poziomu Dream Theater, lecz ciągle słychać, że świetnie opanowali swoje instrumenty, ponadto już przez sam poziom kompozycji należy ich zaliczyć do grona zespołów progresywnych.
"Fables from a Mayfly" to idealny przykład ambitnej muzyki dla każdego. Mniej wymagający, niedzielni słuchacze mogą skupić się wyłącznie na melodyjnych, chwytliwych wokalach, natomiast wielbiciele kompozycji z wyższej półki docenią partie instrumentalne. Niestety chwilowo nie ma szans na nowy materiał od tego zespołu, ponieważ niedawno zawiesili działalność. Musimy zatem uzbroić się w cierpliwość i cieszyć się tym, co zdążyli nagrać do tej pory.

piątek, 26 czerwca 2015

Recenzja - Rest Among Ruins - Fugue

Rest Among Ruins - Fugue

Bardzo nie lubię spóźniać się z recenzjami, a tym razem nieźle dałem ciała. Zakładając, że Rest Among Ruins to kolejni nieciekawi naśladowcy Periphery odłożyłem sobie ich najnowsze dzieło na później. Jakże grubo się pomyliłem. Gdy tylko usłyszałem z jak genialną muzyką mam do czynienia wiedziałem, że koniecznie muszę napisać o tej płycie. Przygotujcie się na solidną porcję świetnego, techniczego metalcore'u
Brzmienie, jakie znajdziemy na "Fugue" stoi prawie dokładnie w połowie drogi pomiędzy dwoma zespołami, w których udzielał się wokalista - Mike Semesky - Intervals oraz Raunchy. Wielbiciele tych grup właśnie znaleźli swojego świętego graala, ponieważ Rest Among Ruins łączy popisy gitarowe pierwszego z niezwykle chwytliwymi partiami wokalnymi drugiego, co sprawia, że od tej płyty praktycznie nie da się oderwać. Również same kompozycje są tu bardzo porządnie napisane. Chociaż z małymi wyjątkami króluje tu standardowa konstrukcja refren-zwrotka-refren, to muzycy zadbali o to, żeby rozsiać urozmaicenia na tyle gęsto, by nie znudzić słuchaczy. Pomiędzy stałymi fragmentami utworów przewijają się tu choćby partie klawiszy, sporadyczne akcenty symfoniczne, żeńskie wokale, wstawki elektroniczne, a także charakterystyczne dla djent'u, nastrojowe przerywniki. Nie jest to może najbardziej złożona płyta pod słońcem, lecz kompozytorzy zadali sobie na tyle trudu, by piosenki były interesujące, a słuchacze nie mogli się łatwo znudzić.
Wokale Mike'a Semesky'ego (który również gra tu na gitarze basowej) są jak zwykle bezbłędne. Potrafi on zarówno brzmieć potężnie, jak i bardzo spokojnie. Co ciekawe, w przeciwieństwie do większości jego wcześniejszych projektów, tutaj także growluje. Jego linie wokalne natomiast niesamowicie wpadają w ucho i aż proszą się, by nucić je pod nosem. Ten pan już dawno stał się jednym z moich ulubionych wokalistów i tym występem tylko ugruntowuje swoją pozycję. Wcale nie gorzej prezentują się gitarowe popisy Ben'a Schmitz'a. Znajdziemy tu nie tylko niesamowite, pomysłowe riffy, które swoimi nagłymi pauzami mogą kojarzyć się z Within The Ruins, lecz także ogromną ilość szalonych pasaży, sweep'ów oraz wszelkiego rodzaju innych dowodów imponujących umiejętności tego wykonawcy. Perkusja również nadąża za resztą stawki, a Geoff'owi Palmer'owi także zdarza się zabłysnąć, co nie jest proste, gdy w zespole już jest dwóch, tak genialnych muzyków. Nabicia są z reguły pomysłowe i nigdy nie idą po linii najmniejszego oporu. Wszyscy członkowie grupy spisali się na medal.
Jeśli macie ochotę na muzykę zarówno chwytliwą, jak i mocno techniczną, bądź tak jak ja uwielbiacie głos Mike'a Semesky'ego koniecznie musicie posłuchać tej płyty. Jest to jeden z najlepszych albumów, jakie słyszałem w tym roku i w najbliższym czasie "Fugue" z pewnością będzie bardzo często gościć w moich głośnikach.

9/10

czwartek, 25 czerwca 2015

Recenzja - Kingcrow - Eidos

Kingcrow - Eidos

Minęło zdecydowanie zbyt dużo czasu odkąd dane mi było recenzować progressive metalowy album z prawdziwego zdarzenia. Szczęśliwie pomoc w tej sprawie byli w stanie zaoferować Włosi z Kingcrow, twórcy "In Crescendo", jednej z najlepszych płyt gatunku w roku 2013. Również tym razem zespół stanął na wysokości zadania i wypuścił kolejne imponujące dzieło, które powinno znaleźć się w kolekcji każdego szanującego się fana progresywy.
"Eidos" nie sprowadził wielkiej rewolucji do brzmienia grupy, lecz kontynuuje ewolucję w stronę wyznaczoną przez poprzednie dwa albumy. Jest to płyta odrobinę bardziej nastrojowa i spokojniejsza, oraz częściej pozwala słuchaczom odetchnąć zwalniając nieco tempa. Jednak zwolennicy żywszych kompozycji również znajdą tu coś dla siebie, bowiem, choć energicznych kawałków jest tu mniej, to ciągle są obecne. Jak przystało na porządną progresywę, muzyka nie została tu napisana na jedno kopyto i pomimo generalnego, stonowanego charakteru, piosenki ciągle potrafią zaskoczyć zmianą nastroju, nagłym przyspieszeniem tempa, lub niespodziewanym uderzeniem ciężaru.
Trudno znaleźć tu nawet pojedynczy element, który nie działa tak jak powinien. W tej mieszance nie ma już zbytnio co ulepszać, następnym razem można ewentualnie coś dodać. Partie wokalisty są całkiem interesujące, a harmonie wokalne, choć mogłyby pojawiać się odrobinę częściej, zostały napisane z sensem. Najlepszą częścią albumu są jednak gitary, których zagrywki są zupełnie bezbłędne. Potrafią zarówno budować nastrój, jak i dodać kompozycjom przyjemnego ciężaru. Riffy są złożone oraz zapadają w pamięć. Nierzadko muzycy sięgają również po brzmienia akustyczne, które zostały tu bardzo dobrze użyte. Gitary akustyczne oraz pianino nie zostały sprowadzone do powtarzania pojedynczych motywów, do czego często uciekają się niektórzy, by tanim kosztem stworzyć spokojną atmosferę. Bas oraz klawisze także spełniają tu istotną rolę, a ich zagrywki zostały należycie rozwinięte, skoda jedynie, że nie zostały one odrobinę bardziej podkreślone w miksie, ponieważ chociaż są słyszalne, to by je wychwycić trzeba wysilać się odrobinę zbyt mocno. Perkusja natomiast nie zwraca na siebie szczególnie uwagi. Nabicia, pomimo że nie są do bólu standardowe i od czasu do czasu słychać niezłe umiejętności perkusisty, to nie przebijają się nigdy na pierwszy plan. 
Kingcrow jak zwykle spisał się na medal. "Eidos" to świetny dodatek do dyskografii tego świetnego zespołu. Chociaż przyznam, że ich poprzednie wydanie podobało mi się odrobinę bardziej, to jest to prawdopodobnie kwestia gustu i zapewniam, że żaden fan progresywy nie będzie zawiedziony ich najnowszym dziełem.

8,5/10

środa, 24 czerwca 2015

Recenzja - Lindemann - Skills In Pills

Lindemann - Skills In Pills

Ostatnie lata nie były najlepsze dla fanów Rammstein'a. Od wydania ostatniego albumu zespołu minęło już prawie sześć lat, a nowy nie majaczy nawet na horyzoncie. Wprawdzie w zeszłym roku Richard Kruspe wypuścił kolejną płytę Emigrate, lecz nie prezentowała ona szczególnie imponującego poziomu. Ciężko również o porządne zamienniki, ponieważ cały ruch NDH przeżywa ostatnio kryzys twórczy. Niestety najnowsze dzieło Till'a Lindemann'a również specjalnie nie powala.
Frontman Rammstein'a współpracując z legendą melodeathu - Peter'em Tägtgren'em stworzył płytę, która brzmi dokładnie jak połączenie industrialnych projektów obydwu panów. Wokalnie, poza zmianą języka na angielski, nic nie odróżnia "Skills In Pills" od płyt niemieckich gigantów industrialu, natomiast warstwa instrumentalna, oraz aranżacje elektroniczne brzmią jak żywcem wyjęte z dorobku Pain. Łatwo zatem rozróżnić, który muzyk odpowiadał za poszczególne elementy, a co za tym idzie, kto nawalił. Odpowiedź jest tu dość jednoznaczna - Lindemann.
Największą pomyłką popełnioną przy tworzeniu tego albumu był wybór języka. Till śpiewając po angielsku brzmi, lekko mówiąc, niezręcznie (kojarzy się odrobinę z syntezatorem mowy), co więcej, nie jest najlepszy w pisaniu tekstów w tym języku. W warstwie lirycznej niektóre piosenki są tak proste, że aż prostackie, a próby zszokowania słuchaczy, znane z jego wcześniejszej twórczości, tutaj potrafią ewentualnie zniesmaczyć. Ponadto jego partie od strony czysto muzycznej również nie imponują. Są one zwykle dosyć prymitywne i nieraz popadają w mało interesującą melorecytację, lecz muszę przyznać, że raz na jakiś czas zdarza im się również wpaść w ucho.
Sytuację ratuje natomiast Peter Tägtgren, który zadbał, by w tle zawsze działo się coś interesującego. Elektronika jest tu dość złożona, napisana z pomysłem i bardzo zmienna, przez co piosenki brzmią bogato, nawet pomimo sprowadzenia gitar do roli akompaniamentu oraz prostych nabić. Również elementy symfoniczne, nad którymi pracował Clemens Wijers przyjemnie wzbogacają kompozycje. Dzięki wysiłkom tych muzyków dzieje się tu całkiem sporo, lecz nawet pomimo tego kawałki są tu dość schematyczne i rzadko udaje im się czymś zaskoczyć. Słychać jednak, że ktoś włożył w nie dużo pracy i dopiął wszystko na ostatni guzik, przez co płyta nie jest wcale najgorsza.
"Skils In Pills" to album złożony z bardzo nierównych elementów. Występ Lindemann'a zdecydowanie nie należy do najlepszych w jego karierze, natomiast Wijers oraz Tägtrgen dali z siebie wszystko. Chociaż płyta ma kilka bardzo wyraźnych plusów, to nie są one w stanie zrekompensować jej wad. 

6/10

wtorek, 23 czerwca 2015

Recenzja - High On Fire - Luminiferous

High On Fire - Luminiferous

Matt Pike powraca z nowym albumem, tym razem nagranym na trzeźwo. O ile dla niego mogła to być pewna odmiana, to nie odbiło się to specjalnie na muzyce High On Fire. Przygotujcie się na kolejną porcję surowego, ciężkiego, całkiem solidnego stoner/sludge'u, do którego już dawno przyzwyczaił nas ten zespół. I chociaż jest to całkiem niezły album, to przydałoby mi się kilka dodatkowych szlifów.
"Luminiferous" to zwyczajnie kolejna odsłona tego, co już znamy. Nie znajdziemy tu wielkich innowacji, ani radykalnej zmiany stylu. Semi-krzyk Pike'a jest tak samo agresywny jak zawsze, kawałki mają swoje zwyczajowe, brudne brzmienie, a riffy jak zwykle są całkiem solidne. Piosenki są całkiem porządnie skomponowane i zdecydowanie różnią się od siebie nawzajem. Znajdziemy tu zarówno szybkie, energiczne, jak i bardziej atmosferyczne, spokojniejsze kompozycje (jak choćby najlepszą na albumie "The Cave"). Mimo, że generalnie dzieje się tu całkiem sporo, to niestety zespołowi nie udało się uniknąć okazyjnych dłużyzn. Pewne kawałki spokojnie mogłyby zostać obcięte o minutę, lub dwie, co wyszłoby albumowi jedynie na dobre. 
Szczęśliwie sytuację zazwyczaj ratują wcześniej wspomniane porządne riffy, które, nawet zapętlone, nie nudzą tak łatwo. Całkiem istotną rolę odgrywa tu również basista, który pomimo obecności na płycie mojego odwiecznego wroga - surowej produkcji, jest w stanie przebić się na pierwszy plan i zwrócić na siebie uwagę słuchaczy. Niestety jeśli chodzi o perkusję, to jej partie nie są specjalnie zauważalne. Nie jest to jednak wina perkusisty, lecz odrobinę zbyt mocnego wycofania tego instrumentu w miksie.
Co do samej produkcji, to nie jest wcale źle. Co prawda "Luminiferous", jak cały dorobek artystyczny High On Fire, brzmi brudno i surowo, to nagranie jest dość przejrzyste. Nie miałem większych problemów z wyłapaniem poszczególnych linii instrumentalnych, a zagrywki i nabicia nie zlewają się w jeden wielki bałagan, co zdarza się dość często na płytach wyprodukowanych w ten sposób.
Ostatecznie wszystkie te elementy sprawiają, że album ma bardzo wyraźny charakter i przyjemny nastrój, jednak przez swoje drobne niedoróbki sprawdza się lepiej jako muzyka tła, niż materiał który puszcza się dla samej przyjemności słuchania. "Luminiferous" to kawał porządnego stoner/sludge'u i jeśli jesteście fanami gatunku, to z pewnością najnowsze dzieło High On Fire wam się spodoba. 

8/10

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Niesłusznie znienawidzeni

Zwykle gdy społeczność metalowa zaczyna obrzucać pewne zespoły błotem, ma całkiem niezły powód. Emmure, Limp Bizkit, Black Veil Brides, A Day To Remember, Five Finger Death Punch - każda z tych grup jest absolutnie okropna i nie ma co do tego wątpliwości. Jednak w niektórych przypadkach grzechy muzyków są zupełnie niewspółmierne do reakcji tłumu, a czasem nawet obrywają zupełnie bez winy. Tym razem dowiecie się które z nich moim zdaniem zupełnie nie zasługują na złą sławę. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że niektóre z nich osiągnęły wielki sukces i całkiem sporo osób je lubi, lecz ja spotkałem się z licznymi negatywnymi opiniami na ich temat.

Periphery

Moją listę otwierają królowie nowoczesnego djentu, który, moim zdaniem, jest najlepszym "modnym" gatunkiem metalu od czasu pojawienia się thrash metalu w latach osiemdziesiątych. W tym wypadku większość negatywnych opinii bierze się z nieprzyjemnych powiązań stylistycznych z metalcore'm, który jak wiemy szczególnie bogato obrodził w zbrodnie przeciw muzyce. Mimo to później pojawiło się całkiem sporo grup, które udowodniły, że z tej konwencji da się wyrzeźbić coś całkiem imponującego. Djent jest kolejnym krokiem w ewolucji technicznego metalcore'u, który eliminuje z gatunku większość cech, za które znienawidziliśmy ich poprzedników. Kompozycje Periphery są pomysłowe, członkowie zespołu to wirtuozi swoich instrumentów, a niesławne riffy na otwartych strunach jeśli już się pojawiają, to w towarzystwie imponujących pasaży oraz innych solidnych zagrywek. Również oskarżenia o zrzynanie z twórczości Meshuggah są bezpodstawne, ponieważ, przynajmniej dla mnie, jedynym co łączy brzmienie tych grup są gitary ośmiostrunowe. Nie rozumiem jak można zamknąć się za zespół wyłącznie z powodu skojarzeń z kimś znacznie gorszym, lub przez wokale przywodzące na myśl gatunek, którego się nie toleruje. Sukces Periphery to efekt talentu i ciężkiej pracy, a nie głupiej mody.


Dimmu Borgir

Ci panowie padli ofiarą głupiej ideologii oraz wyjątkowego oporu fanów black metalu przeciwko zmianom i melodii. Nie ulega wątpliwości, że po wydaniu "Enthrone Darkness Triumphant" ich muzyka stopniowo zaczęła tracić pazur oraz przesuwać się w stronę bardziej przyjazną zwykłym zjadaczom chleba. Chociaż z pewnością dzisiaj nie mają wiele wspólnego z "prawdziwym" black metalem, a patrząc na nich przez pryzmat tego gatunku prezentują się dość średnio, to jeśli choć na chwilę uda nam się spojrzeć na ich twórczość bez uprzedzeń i ocenić ją po prostu jako muzykę, to wychodzi, że są naprawdę nieźli. Ich połączenie black metalu z muzyką symfoniczną wpada w ucho, jednocześnie nie uciekając się do powtarzania w kółko tych samych motywów, kompozycje są przemyślane, a brzmienie bogate. Zdecydowanie wolę Dimmu Borgir, niż wszystkich klasyków konwencji, dla których rok 1994 trwa wiecznie.


Amaranthe

To, ze społeczność metalowa rzadko kiedy potrafi docenić solidną muzykę skierowaną do szerokiej publiczności nie jest niczym nowym. Połączenie metalu z elektroniką oraz skrajnie melodyjnymi, przystępnymi piosenkami dla niektórych jest kompletnie nie do przyjęcia, choćby nie wiem jak dobrze zostało zrealizowane. Można przyczepić się, że w muzyce Amaranthe gitary nie są zbyt istotne, a kompozycje sztywno trzymają się pewnych schematów, lecz nie oznacza to, że zespół chodzi na łatwiznę. Partie wokalne, przeplatające śpiew trzech wokalistów, a także bardzo solidna elektronika sprawiają, że jak na metal dla mas, to ten zespół jest całkiem interesujący. Nie jest to Dream Theater, ani Opeth, nie oszukujmy się, lecz według mnie należy im się odrobina uznania. Każdy czasem potrzebuje odrobinę lżejszej, chwytliwej muzyki, a w tej kategorii Amaranthe to jeden z najlepszych możliwych wyborów.


Volbeat

Dlaczego radiowy rock jest tak koszmarny? Wcale nie chodzi o proste kompozycje, bo tu kłania nam się AC/DC, nie przez swoją melodyjną naturę, ponieważ Dire Straits mieliby w tej kwestii coś do powiedzenia. Chodzi o kompletny brak własnego stylu, piosenki brzmiące tak podobnie, że nie da się ich od siebie odróżnić, a także brak jakiejkolwiek wizji poza dogłębną analizą hitów ostatnich kilku lat i podążania z tym wzorcem. Volbeat ma charakter, pomysły i talent, a to, że zdarzy im się rzucić załamującą power-balladą można wybaczyć. Wpływy rockabilly sprawiają, że ich kawałki natychmiast wyróżniają się z tłumu, a dzięki porządnym riffom deklasują swoją konkurencję na tym polu. Ci muzycy mają swoją wizję, tak się po prostu składa, że jest bardzo przystępna.


Avenged Sevenfold

Zespoły metalcore'owe o łagodniejszym brzmieniu nie zawsze potrafią wypuścić wartościowe nagrania. Bullet For My Valentine to otchłań przeciętności, słuchanie Atreyu to istna tortura, a Trivium, o ile wypuściło genialnego "Shogun'a", to nigdy już nie stworzyli nic na podobnym poziomie. Jednak Avenged Sevenfold z całej tej paczki najmniej zasługuje na potępienie. Przyznaję, że ich kawałki czasem są zbyt miękkie, piszą zbyt dużo ballad, a niektóre ich kompozycje są po prostu nudne, lecz nie można zaprzeczyć, że mamy tu do czynienia z grupą naprawdę utalentowanych muzyków. Na każdej z ich piosenek znajdziemy solidne riffy oraz, aż do ostatniego albumu, całkiem imponujące popisy perkusyjne. Może "Hail To The King" był odrobinę rozczarowujący, lecz ich poprzednie wydania instrumentalnie stoją na niezwykle wysokim poziomie. Nawet jeśli nie podoba nam się konwencja należy docenić umiejętności tych muzyków. 


Babymetal

Najmłodszy i zarazem ostatni zespół na mojej liście, który wywołuje bardzo skrajne reakcje. Niechęć do tej grupy ukazuje, że niektórzy podchodzą zbyt poważnie do tego, czego słuchają oraz jak ciężko im otworzyć się na niestandardowe pomysły. Według mnie nie ma takiego połączenia, którego nie dałoby się zrealizować dobrze, a ta mieszanka metalu i j-popu działa doskonale. Nie jest to zbyt poważny zespół, lecz ich muzyka zawsze dostarcza mi świetnej rozrywki. Ich brzmienie jest oryginalne, a kawałki wpadają w ucho. Wokalistka śpiewa znakomicie, a instrumentaliści dają z siebie wszystko. Gdyby więcej zespołów miało tak niespotykane brzmienie scena metalowa z pewnością byłaby bardziej ekscytująca.


Moim zdaniem pierwszym pytaniem przy ocenianiu zespołu powinno być "Czy to jest dobra muzyka?", a nie "Czy to jest dobry metal?". Nie wszystkie grupy da się ocenić jedną miarą. Wiadomo, że kiedy muzycy zanudzają nas zapętlając jeden motyw, pisząc riffy na dwóch dźwiękach, czy powtarzając jeden schemat do upadłego, wtedy niezależnie od gatunku jest to zwyczajne pójście na łatwiznę. Jeśli jednak słychać, że ktoś poświęcił wiele pracy swojej twórczości, dużo myślał nad swoimi kompozycjami, bądź jego umiejętności są zupełnie nieprzeciętne, wtedy należy przynajmniej docenić trud jaki sobie zadał i powstrzymać się przed zostawieniem wulgarnego komentarza zaznaczającego jak bardzo do niczego się nie nadaje. 

piątek, 19 czerwca 2015

Recenzja - Luca Turilli's Rhapsody - Prometheus, Symphonia Ignis Divinus

Luca Turilli's Rhapsody - Prometheus, Symphonia Ignis Divinus

Nie wiem, czy jest na świecie ktokolwiek. kto po przesłuchaniu ostatnich dzieł obydwu wersji podzielonego Rhapsody ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości odnośnie tego, który z muzyków odpowiadał za sukces grupy. Chociaż "Ascending To Infinity" nie było może wybitnym albumem, to zupełnie zdeklasowało okropnie nużące "Dark Wings Of Steel". Luca Turilli swoim najnowszym wydaniem znów stara się przywrócić czar najlepszych dni swojego zespołu, lecz, jak poprzednio, odrobinę zabrakło mu do pełnego sukcesu.
Tym, co najbardziej rzuca się w uszy podczas słuchania "Prometheus, Symphonia Ignis Divinus" jest bogactwo brzmienia. Muzycy naprawdę zadali sobie wiele trudu, by zapełnić swoje kompozycje po brzegi orkiestrą, klawiszami, popisami instrumentalistów oraz różnego rodzaju innymi smaczkami, które powodują, że album ten swoim przepychem przypomina barokowe katedry. Partie symfoniczne brzmią wspaniale, charakterystyczne popisy gitarzystów zwyczajowo stoją na bardzo wysokim poziomie, chóry oraz śpiew operowy dodają całości jeszcze więcej mocy, a brak Fabio Lione za mikrofonem wcale nie przeszkadza, gdyż Alessandro Conti także spisuje się w tej roli znakomicie. Od czasu, do czasu zdarza się usłyszeć nawet odrobinę elektroniki. Luca Turilli najwyraźniej również wyznaje zasadę, iż więcej znaczy więcej. Krótko mówiąc, album brzmi monumentalnie i nie ma co do tego wątpliwości.
Oczywiście jak przystało na power metal, ten przepych i inwencja ograniczają się raczej do elementów, z których składają się piosenki, gdyż sposób w jaki zostały złożone w całość jest do bólu podręcznikowy. Każdy, kto kiedykolwiek słyszał w życiu choć jedną płytę Rhapsody byłby w stanie po przeczytaniu tytułów piosenek, oraz czasu ich trwania bardzo dokładnie wyobrazić sobie czego należy się spodziewać. Nie stanowi to jednak poważnego problemu, ponieważ same kawałki są dość solidne, a ilość rzeczy dziejących się naraz skutecznie odciąga uwagę słuchaczy od braku większych innowacji. Gorzej, że nie ma tu także wybitnych kompozycji, które już przy pierwszym przesłuchaniu mocno zapadają w pamięć. Nie znajdziemy tu drugiego "Emerald Sword" czy "The Village of Dwarves" i właśnie ten drobny szczegół stoi na drodze do powrotu złotych lat Rhapsody.
Jeśli zatem macie ochotę na odrobinę bogato brzmiącego, solidnego, tradycyjnego power metalu, mogę z czystym sumieniem polecić tę płytę. Nie należy jednak oczekiwać od niej cudów. Nie jest nudna mimo swojej schematyczności i bawiłem się przy niej dobrze, nawet jeśli nie zostanie klasykiem gatunku.

8/10

czwartek, 18 czerwca 2015

Recenzja - KEN Mode - Success

KEN Mode - Success

KEN Mode nie był nigdy specjalnie przystępnym zespołem, lecz tym razem przeszli samych siebie. Najwyraźniej świat punk rocka pozazdrościł metalowi ostatniej fali świetnej avant-garde'y, więc ci panowie postanowili wypełnić tę lukę. Zabierając się za to zadanie zupełnie oczyścili swoje brzmienie z metalowych naleciałości, zostawiając, a nawet podkreślając, wszystkie cechy hardcore'u.
"Success" składa się w głównej mierze z hałasu oraz jego różnych wariacji. Każda jego część stara się być jeszcze brudniejsza i nieoszlifowana niż poprzednia, począwszy od garażowej, głuchej produkcji, przez zlewające się riffy, po wokale, którym bliżej do agresywnej melorecytacji, niż śpiewu. Nie znajdziemy tu także wielu melodii czy popisów instrumentalnych, lecz cały ocean gniewu oraz niespodziewanych efektów dźwiękowych, które potrafią zdezorientować nawet najbardziej zaprawionych w bojach fanów ciężkiej muzyki. Zespół bardzo widocznie nie przejmuje się tym, co spodobałoby się ich fanom i zwyczajnie nagrał co tylko przyszło im do głowy. Z drugiej strony, miejscami widać, że w tym szaleństwie jest metoda, a muzycy mogą wiedzieć co właściwie robią. Pewne elementy kompozycyjne wydają się całkiem przemyślane i wykluczają całkowitą przypadkowość kompozycji. Piosenki są całkiem rozwinięte, a nawet zróżnicowane. Pojawienie się wiolonczeli, czy gościnnych żeńskich wokali zupełnie zbija z tropu. W takich momentach widać, że pomimo niezbyt dobrych założeń nie jest to wcale zły album, po prostu został skierowany do ludzi, którzy w muzyce szukają bardzo dziwnych rzeczy. 
W tym wypadku nie pozostaje wiele elementów do oceny, ponieważ całość sprowadza się do kwestii, czy podoba nam się wizja muzyki prezentowana przez grupę, czy też nie. Jeśli eksperymentalny hardcore to wasza działka, to nie wyobrażam sobie, jak "Success" mógłby nie przypaść wam do gustu. Natomiast części populacji, dla której ten typ muzyki idzie odrobinę za daleko, nic do tej płyty nie przekona. Osobiście zaliczam się do tej drugiej grupy i mam pełną świadomość, iż ten album zupełnie nie był skierowany do mnie, lecz chcąc nie chcąc muszę wystawić mu ocenę. Nie będę kłamać, KEN Mode nie przekonał mnie do swoich nowych pomysłów. 

5,5/10 

wtorek, 16 czerwca 2015

Recenzja - iwrestledabearonce - Hail Mary

iwrestledabearonce - Hail Mary

Wcześniejsze wydania tego zespołu nawet pomimo swojej eksperymentalnej natury jakoś nie podbiły mojego serca. Bez zbędnego owijania w bawełnę należy powiedzieć, że ci muzycy nie potrafią pisać porządnych, melodyjnych piosenek. Tym natomiast, co faktycznie odpowiadało mi w ich twórczości były przebłyski mathcore'owego chaosu oraz grindcore'owej agresji. Ku mojej uciesze, tym razem iwrestledabearonce bardzo mocno postawiło na ciężar. W tej sytuacji nawet ci, których poprzednie wydania zespołu odrzucały, powinni dać im kolejną szansę.
"Hail Mary" zdecydowanie nie jest albumem dla wielbicieli muzyki łatwej w odbiorze. Królują tu growle, dysonanse, dynamiczne pasaże oraz chaotyczne kompozycje. Przez większość czasu płyta przypomina najbardziej szalone dokonania takich grup jak The Dillinger Escape Plan, Psyopus, czasem nawet Pig Destroyer, a znane z wcześniejszych wydań elementy post-hardcore'owe zostały ograniczone do absolutnego minimum. Z jednej strony bardzo dobrze, że muzycy skupili się na tym, co wychodzi im najlepiej, lecz z drugiej odrobinę brakuje tu urozmaiceń, przez co po pewnym czasie "Hail Mery" zaczyna odrobinę męczyć. Nieustanna żonglerka math-, grind- oraz deathcore'm mogłaby zostać od czasu do czasu przerwana czymś bardziej nastrojowym. Pomimo tego, to wydanie z pewnością jest całkiem wyraźnym krokiem naprzód. Gęsto rozsiane zwroty akcji, nieprzewidywalne akcenty, niesamowicie szybkie pasaże oraz techniczne riffy rzucają nas w samo serce metalowej burzy, którą zachwyceni będą wszyscy fani ostrego, eksperymentalnego -core'u.
Gitarzyści spisują się tu naprawdę nieźle i chociaż nie serwują nam niczego specjalnie nowego, to ich popisy nadal imponują. Jedyną rzeczą, do której miałbym zastrzeżenia jest odrobinę zbyt częste użycie breakdown'ów. Nie powiedziałbym, że ich zagęszczenie wyjątkowo przeszkadza, ponieważ nie jest ich aż tak wiele, jednak bez niektórych mógłbym się obejść. Odnoszę wrażenie, że perkusista nie do końca był w stanie uwolnić pełny potencjał sekcji rytmicznej. W tym gatunku bębny są w stanie rozwinąć skrzydła jak nigdzie indziej i choć wcale nie jest tu z nimi najgorzej, a czasem nawet bardzo dobrze, to następnym razem życzyłbym sobie odrobinę więcej kreatywności. Natomiast wokale Courtney LaPlante pasują tu idealnie. Imponujący jest zwłaszcza wachlarz rodzajów growli, którymi potrafi się ona posługiwać oraz łatwość z jaką łatwością przechodzi między nimi. Jej czyste wokale są natomiast całkiem poprawne, lecz nie ma w nich nic specjalnego.
"Hail Mary" to z pewnością najlepsze wydanie w dorobku grupy, które pomimo pewnych niedociągnięć zasługuje na przesłuchanie nawet, jeśli ich dotychczasowa twórczość niezbyt wam odpowiadała. Ta płyta otwiera nowy rozdział w historii grupy, zostawiając za sobą dni eksperymentalnego post-hardcore'u i wchodząc w szeregi armii mathcore'u.

8/10


P.S. Ponieważ jutro czeka mnie dość dużo pracy posta nie będzie, wracam w czwartek.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

It's playtime!

Jak co roku Lord Gaben uśmiechnął się do ludzkości, zsyłając swe łaski w postaci gier tak tanich, że szkoda ich nie kupić, nawet jeśli nigdy nie znajdziemy czasu, by w nie zagrać. Gdy już jednak skończymy płakać widząc uszczuplone zasoby naszych kont bankowych, przyjdzie nam przejrzeć nowo-wzbogacone biblioteki Steam'a, włączyć któryś z dziesiątek nabytych tytułów, po czym spędzić przy nim dziesiątki godzin. Jak wiadomo nie każdy soundtrack musi wszystkim przypaść do gustu. Może się zdarzyć, że trzeba będzie ratować się zasobami własnej biblioteki muzycznej. Dziś zatem powiem wam, przy jakich płytach gra mi się najlepiej i w co.

All praise The Mighty Lord Gaben!

Nat King Cole - Dowolny "The Best Of"

Każdy, kto miał przyjemność spędzić choć chwilę w świecie Fallout'a wie jak przyjemnie anihiluje się wszelką zmutowaną faunę nuklearnych pustkowi przy dźwiękach niewinnej muzyki wczesnego XX wieku. Gdy powtarzające się piosenki zaczęły mi przeszkadzać, postanowiłem zwyczajnie zdobyć ich więcej. Jednak, gdy moja przygoda w zniszczonej wojną atomową Ameryce dobiegła końca odkryłem, iż Nat King Cole, Frank Sinatra oraz Johnny Cash równie dobrze sprawdzają się jako podkład do większości strzelanek, mordobić, a także wszelkich slasher'ów. Wirtualna przemoc smakuje najlepiej, gdy w tle pewien pan z głębokim głosem śpiewa o pięknych kobietach, lub beztroskich dniach lata.


Audioslave - Out Of Exile

Podczas grania w gry komputerowe ciężko skupić się na bardzo złożonych, progresywnych kompozycjach. Tutaj z pomocą przychodzi rock alternatywny, a konkretnie jeden z moich ulubionych albumów tego gatunku. Panowie z Audioslave doskonale wiedzieli jak pisać chwytliwą muzykę, a jednocześnie przemycić kilka oryginalnych pomysłów. Obojętnie, czy siejecie chaos i zniszczenie strzelając do obcych/mutantów/nazistów/zombie, czy ścigacie się na środku pustyni, gwarantuję, że będziecie to robić nucąc co bardziej chwytliwe refreny, jeśli zdecydujecie się odpalić tę płytę w tle. Z tych samych powodów warto sięgnąć po zespoły odgrzewające starą formułę hard rockową jak Wolfmother, czy Airbourne. Zazwyczaj wolę bardziej oryginalną muzykę, ale tutaj pasuje jak ulał.


Alice In Chains - Dirt

Połączenie chwytliwych melodii oraz brudnego brzmienia gitar Alice in Chains sprawia, że niesamowicie przyjemnie zarówno eksploruje mi się przy nich otwarte światy, jak i dokonuje wszelkiej maści aktów przemocy. Wszelkie światy post-apokaliptyczne, niegościnne pustkowia oraz pustynne planety aż proszą, by podczas przemierzania ich, w tle puścić "Dirt". Za tą płytą nie jest zbyt ciężko nadążyć i bardzo łatwo zatopić się jej atmosferze. Jeśli macie ochotę na coś odrobinę żywszego, bądź bardziej optymistycznego, to stoner rockowe zespoły jak Fu Manchu, czy The Sword to również dobry wybór.


Amon Amarth - Surtur Rising

Oczywiście taka lista nie byłaby kompletna bez AC/DC melodic death metalu. Amon Amarth obowiązkowo musi towarzyszyć grze we wszelkiej maści gry akcji, slashery i strzelanki. Ich muzyka to zwyczajnie czysta zabawa. Niesienie śmierci ku chwale Odyna to podwójna zabawa. Dzięki żwawym, melodyjnym riffom, oraz death metalowemu ciężarowi idealnie pasują do większości form wirtualnej rozrywki. Kiedy zbrzydną nam już wikingowie można przejść do innych klasyków sceny melodeathowej jak Arch Enemy, czy Dark Tranquillity.


Meshuggah - Koloss

Wydawać by się mogło, że ten album również powinien akompaniować rozgrywce napakowanej akcją oraz przemocą... otóż wcale nie. Ciężka muzyka razem z ciężkimi grami to już dla mnie odrobinę jak cukier z colą. Meshuggah najlepiej włączyć podczas partyjki mniej poważnych gier: Plants vs. Zombies, Orcs Must Die, city builder'ów, bądź wszelkiej maści strategii. Na dobrą sprawę do takich tytułów pasuje dowolna odmiana naprawdę ekstremalnego metalu.


Destrage - Are You Kidding Me? No.

Co prawda mówiłem już o tym albumie w mojej liście najlepszych albumów zeszłego roku, lecz przy tej okazji nie zauważyć jak pięknie sprawdza się ona jako podkład do gier, w których zabija się ogromne hordy przeciwników. Szalona natura płyty, oraz jej żwawe tempa to świetny soundtrack dla każdej rzezi bezmózgich mob'ów nacierających na naszych dzielnych bohaterów. Wspomnieć należy również o piosence " My Green Neighbour", bez której nie może się obyć żadna gra, która ma cokolwiek wspólnego z tematem zombie.


Amorphis - Skyforger

Kiedy po kilkudziesięciu godzinach gry w kolejną grę RPG w świecie fantasy znudzi nam się standardowy, orkiestrowy soundtrack, a my koniecznie chcemy uniknąć najbardziej oczywistego wyboru - power metalu, należy sięgnąć po twórczość Amorphis. Komponuje się ona świetnie z każdą magiczną krainą oraz niesamowicie wpada w ucho. Jeśli jednak nie macie nic przeciwko najbardziej ogranemu gatunkowi metalu, to śmiało można włączyć Rhapsody, lub Blind Guardian.


Jest bardzo wiele albumów, które świetnie nadają się jako tło dla wielu gier komputerowych, te które wymieniłem to jedynie czubek góry lodowej. Mam nadzieję, że niektórzy znaleźli tu kilka płyt, które będą towarzyszyć im przy grze w swoje najnowsze nabytki. Natomiast ci z was, którzy nie przepadają za tą formą spędzania czasu ciągle jeszcze mogą spróbować swoich sił w świecie wirtualnej rozrywki, w tym tygodniu akurat wyjątkowo niewielkim kosztem.

piątek, 12 czerwca 2015

Recenzja - Tremonti - Cauterize

Tremonti - Cauterize

Mark Tremonti nie zaczął najlepiej swojej kariery. Przyłożenie ręki do powstania zespołu, któremu koronę króla radiowego butt rock'a był w stanie odebrać jedynie Nickelback nie jest szczególnym powodem do dumy. Szczęśliwie przez ostatnie kilka lat muzyk starał się zmyć z siebie hańbę (zresztą z całkiem niezłym skutkiem), najpierw tworząc Alter Bridge, a niedawno rozpoczynając karierę solową.
Jak można się było spodziewać "Cauterize" nie stanowi stylistycznej rewolucji i odcięcia się od modern rockowych korzeni twórcy, lecz, jak jego poprzednie wydania, stara się podać nam ten gatunek w mniej pozbawionej charakteru formie. Możemy się tu zatem spodziewać banalnych refrenów, które mają za zadanie jedynie wpadać w ucho, miałkich ballad rockowych, brzmiących dokładnie tak samo od ponad piętnastu lat, lecz także pomysłowych riffów, interesujących przerywników oraz całkiem porządnych popisów gitarowych. W skrócie - mamy przed nami bardzo standardowego, radiowego rocka, wykonanego przez zdolnych muzyków, którzy włożyli trochę wysiłku w swoje kompozycje. Przed pokonaniem całej konkurencji płytę powstrzymuje jedynie brak wyraźnych hitów, które mogłyby szturmem podbić rozgłośnie radiowe na całym świecie.
Jak przystało na solowy album gitarzysty, to właśnie partie tego instrumentu są tu najistotniejsze. Mike Tremonti to bardzo utalentowany muzyk, o czym można się łatwo przekonać słuchając tych riffów, na których postanowił potraktować konwencje gatunkowe jedynie jako sugestię i puścić wodze fantazji. Dzięki temu luźnemu podejściu do tradycji możemy w środku dość standardowej, hard rockowej kompozycji usłyszeć zagrywkę, która mogłaby równie dobrze znaleźć się na albumie Gojira'y. Z drugiej strony przez takie wstawki serce kraja się jeszcze bardziej, gdy podczas refrenu artysta sprowadza gitarę jedynie do roli podkładu pod wokal. Będąc przy śpiewie, muszę przyznać, że, jak na gitarzystę, Tremonti okazał się całkiem przyzwoitym wokalistą i chociaż nie ma charakterystycznej barwy Myles'a Kennedy'ego, to spisał się całkiem nieźle. Sekcja rytmiczna natomiast nie wybija się zanadto na pierwszy plan, lecz także nie nudzi najprostszymi nabiciami oraz banalnymi rytmami.
"Cauterize" z pewnością nie jest najambitniejszym albumem w historii, lecz radzi sobie całkiem nieźle w ramach swojej konwencji. Ja jednak ciągle mam nadzieję, że Mike Tremonti pewnego dnia postanowi lepiej spożytkować swój talent i opuści swoją strefę komfortu. Jeśli macie ochotę na mniej wymagającego, radiowego rocka, to ten album jest tym, czego szukaliście. 

7,5/10

czwartek, 11 czerwca 2015

Płyta na dziś - Being - Anthropocene

Being - Anthropocene

Czy to jeszcze progresywny rock, czy już metal? Trochę djent, ale nie do końca. Może trzeba wymyślić dla nich zupełnie nową nazwę gatunku? W każdym razie, jeśli tego tylu dylematy nasuwają się podczas słuchania płyty, to wiadomo, że w naszych rękach znalazł się prawdziwy unikat, który należy odtwarzać często oraz polecić wszystkim przyjaciołom.
"Anthropocene" to jeden z tych przypadków, kiedy muzyka jest zarówno przystępna, jak i ambitna, a także wykonana przez bardzo utalentowanych muzyków. Nie znajdziemy tu zbyt wielu growli (pojawiają się ewentualnie w ramach gościnnych występów, których swoją drogą jest tu całkiem sporo), lecz mimo to brzmienie Being jest potężne, jak mało którego zespołu progresywnego. Są tu za to nisko strojone gitary, wyśmienity perkusista, brzmienia elektroniczne oraz miejscami nawet okazjonalne pianino, bądź skrzypce. Instrumentaliści popisują się na każdym kroku, zarówno typowo djent'owymi zabawami z rytmem, jak i interesującymi riffami. Wiedzą oni jednak, kiedy należy wycofać się w cień, by zrobić miejsce na zbudowanie klimatu, bądź czysto elektroniczny przerywnik. Także wokale nie zostały tu potraktowane po macoszemu i o ile głos Casprin'a Haruna'y nie musi przypaść wszystkim do gustu, to same motywy wokalne zostały ułożone po mistrzowsku, przez co niesamowicie zapadają w pamięć. Gwarantuję, że po przesłuchaniu tej płyty będziecie mieli całkiem sporo melodii do nucenia pod prysznicem. Kompozycje są tu bardzo dynamiczne i zdarza im się przeskakiwać między skrajnymi nastrojami. To, że chwilowo wokalista uspokaja nas spokojnymi melodiami, wcale nie znaczy, że zaraz nie zostaniemy uderzeni przez growle któregoś z gościnnych artystów, oraz zagrywki, których ciężar wbija w fotel. Piosenki są zarówno zaskakujące oraz złożone, lecz także chwytliwe i nastrojowe. Wielka szkoda, że takiego połączenia nie spotyka się zbyt często. Nie można także oskarżyć kompozytorów o pisanie wszystkich kawałków tak samo. Usłyszymy tu bardzo różnorodne kompozycje: nastrojowe ballady, ciężkie, energiczne piosenki, a nawet ponad dwunastominutowego, progresywnego kolosa. 
Wielbiciele nowoczesnej progresywy koniecznie powinni posłuchać tego wydania. "Anthropocene" został wykonany tak profesjonalnie, że ciężko uwierzyć, iż jest to dopiero debiut tej grupy. Z niecierpliwością czekam na ich następną płytę.

środa, 10 czerwca 2015

Recenzja - Neurotech - Stigma

Neurotech - Stigma

Gdy Neurotech wypuścił "Antagonist" byłem pod wielkim wrażeniem. Melodeath z elektroniką, która nie spełniała jedynie roli haczyka, a stała się praktycznie najistotniejszą składową kompozycji, był naprawdę interesującą wizją. Niestety z każdym następnym wydaniem zespół odwracał się w stronę czystej elektroniki, tracąc balans, za który tak polubiłem ich debiut. Ich najnowszy album idzie dalej tą ścieżką, zachowując jedynie szczątkowe ślady swojej wczesnej przynależności gatunkowej.
Wszyscy, którym przypadła do gustu płyta "Infra Versus Ultra" mogą odetchnąć spokojnie, "Stigma" to kolejny krok w tą samą stronę (czego można się było spodziewać po albumie wydanym odrobinę ponad pół roku po swoim poprzedniku). Jest to wydanie bardzo mocno elektroniczne, nastawione na tworzenie atmosfery, bardziej niż zapewnianie stałego rytmu, do którego będzie w stanie skakać nawet najbardziej pijany tłum. Od razu zaznaczę, że z takim rodzajem muzyki elektronicznej nie mam najmniejszego problemu, lecz niewielka ilość elementów metalowych wciąż mi doskwiera. Zwykle witam zmiany w brzmieniu zespołów z otwartymi ramionami, jednak tym razem wolałbym, by ta ewolucja przyjęła odrobinę inny kierunek, ponieważ nastrojowa elektronika, już od czasów Jean-Michel'a Jarre'a  nie jest specjalnie niczym nowym, natomiast do porządnego industrialnego melodeath'u bardzo ciężko się dokopać.
Odkładając jednak na bok moje odczucia względem samego pomysłu na muzykę, trzeba odpowiedzieć na pewne zasadnicze pytanie - czy album jest dobry w swojej kategorii. Moim zdaniem radzi sobie całkiem przyzwoicie. Kompozycje brzmią monumentalnie. Połączona siła klawiszy, elektroniki oraz gitar tworzy wspaniałe muzyczne krajobrazy, które potrafią zaimponować swoim bogactwem. Niestety ta szeroka paleta środków nie została w pełni wykorzystana, a piosenki na "Stigma" nie zapadają specjalnie w pamięć. Moim zdaniem odpowiedzialnością za ten stan rzeczy należy obarczyć wokale, które, lekko mówiąc, nie powalają. Wokalista śpiewa bardzo monotonnie, nie zmieniając tonu głosu nawet odrobinę. Co gorsza, oliwy do ognia dolewają banalne linie melodyczne, które rzadko kiedy składają się z więcej niż trzech dźwięków. Andrej Vovk następnym razem zdecydowanie powinien zaprosić do współpracy śpiewaka, który byłby w stanie tchnąć w jego całkiem solidne kompozycje więcej życia. Temu albumowi zdecydowanie przydałoby się kilka szlifów. Parę charakterystycznych motywów, większe różnice między piosenkami oraz zaangażowanie dodatkowych muzyków mogłoby wiele zdziałać.
Chociaż płyta ma swoje wady, a sam kierunek, w którym idzie zespół niespecjalnie mi się podoba, to muszę przyznać, że każdy fan mocno industrialnego metalu powinien po nią sięgnąć. Brzmienie zespołu jest imponujące, a kompozycje stoją na wysokim poziomie. Następnym razem życzyłbym sobie jednak, by pan Vovk poświęcił więcej czasu na dopracowanie swojego dzieła, ponieważ praca w cyklu półrocznym negatywnie odbija się na jego twórczości.

7,5/10

wtorek, 9 czerwca 2015

Recenzja - Gorgoroth - Instinctus Bestialis

Gorgoroth - Instinctus Bestialis

Wprawdzie zarzekałem się recenzując ostatni album Marduk'a, iż nie będę więcej pisał o słabych, sztampowych płytach black metalowych, które specjalnie nic nowego nie wnoszą, lecz po usłyszeniu najnowszego dzieła Gorgoroth uznałem, że powinienem jednak o nim wspomnieć. Nie powiedziałbym, że to wydanie wywarło na mnie niesamowite wrażenie, lecz usłyszałem na nim pewne minimum zaangażowania ze strony muzyków, które przekonało mnie by poświęcić mu kilka słów.
Za punkt wyjścia przy ocenianiu tego albumu przyjmuję wcześniej wspomniany album Marduk'a, który w mojej opinii reprezentuje prawie wszystko, czego nie lubię we współczesnym black metalu. Jeśli zatem moje stanowisko w sprawie tej płyty jest wam obce polecam najpierw przeczytać co miałem na jej temat do powiedzenia tutaj, ponieważ bardzo nie lubię się powtarzać.
"Instinctus Bestialis" również po części cierpi na większość dolegliwości, które opisałem we wcześniej wspomnianej recenzji, jednak, na szczęście, na pewnym etapie tworzenia albumu ktoś prawdopodobnie zasugerował, iż warto od czasu, do czasu urozmaicić kompozycje, co o dziwo nie spotkało się ze zbrojnym oporem wszystkich zgromadzonych. W rezultacie piosenki zawierają nawet po kilka różnych riffów, okazjonalne zmiany nastrojów, a czasem nawet atmosferyczną wstawkę (sic!). Tempa, choć głównie przypominają black metalową klasykę burzy blast'ów, zmieniają się, przez co całość wyraźnie odchyla się w stronę blackened death metalu, co z pewnością jest jakimś krokiem na przód. Produkcja również nie jest najgorsza i w miarę przejrzyście da się wychwycić wszystko, co muzycy zawarli w swoich kompozycjach.
W tym momencie naiwny czytelnik mógłby pomyśleć, że w takim razie Gorgoroth wypuścił płytę, której warto posłuchać. Wniosek ten jest zarówno pochopny, jak i naiwny. Należy pamiętać, że dobrymi chęciami Sosnowiec jest wybrukowany, a nawet genialne pomysły trzeba solidnie zrealizować. Właśnie na tym etapie dobra passa się skończyła. Riffy nie są tu specjalnie interesujące i chociaż stoją zdecydowanie o poziom wyżej, niż ciągłe tremolo, tak często wykorzystywane w gatunku, to nie mogą specjalnie konkurować z najlepszymi. Sporadyczne fragmenty nastrojowe nie są specjalnie spektakularne i ograniczają się do zwolnienia, bądź solowych popisów gitarzysty. W ten sposób można było imponować w połowie lat dziewięćdziesiątych. Dokucza również przewidywalność oraz powtarzalność piosenek. "Instinctus Bestialis" przez większą część nie proponuje słuchaczom nic nowego, a kawałki, choć nie tak monotonne jak zwykle, dalej niezbyt się od siebie różnią, a co najgorsze nie zapadają specjalnie w pamięć.
W ostatecznym rozrachunku najnowsze wydanie Gorgoroth wypada odrobinę poniżej średniej. Tu i ówdzie słychać, iż zespół miał dobre chęci, a nawet wpadł na jakiś pomysł jak napisać coś wartościowego, jednak nie byli w stanie poprawnie go zrealizować. Nie powiedziałbym, że od tego albumu należy trzymać się z dala, lecz nie widzę specjalnie powodu, dla którego powinno się z nim zapoznać, gdy równie dobrze można sięgnąć po ostatnią płytę Enslaved.

5,5/10

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Brutalne urazy, brutalna muzyka

Stali czytelnicy mojego bloga mogli być zaniepokojeni moją zeszłotygodniową nieobecnością. Chociaż faktycznie planowałem dzień, lub dwa przerwy z uwagi na ślub w rodzinie, to niestety, gdy okazało się, że zabawy weselne potrafią być bardziej niebezpieczne, niż najbardziej szalony moshpit, zostałem zmuszony, by odrobinkę przedłużyć swój urlop. Uznałem, że leżenie w łóżku z książką oraz słuchanie wyjątkowo brutalnej muzyki to całkiem rozsądna strategia leczenia skręconego kolana. Jak na razie nie mogę narzekać na efekty tej kuracji, więc dziś chciałem polecić wam kilka albumów wystarczająco ciężkich, by ból uszu waszych sąsiadów był w stanie przyćmić ten, który sami odczuwacie.

Anaal Nathrakh - In The Constellation Of The Black Widow

Może nie odkryłem właśnie najbardziej undergroundowego wydania w historii, lecz poruszając temat brutalnej muzyki nazwa Anaal Anthrakh po prostu nie może się nie pojawić. Mieszanka industrialu, grindcore'u oraz black metalu prezentowana przez ten brytyjski duet to wciąż jedna z najcięższych rzeczy, jakie kiedykolwiek przytrafiły się muzyce. Co ważniejsze muzycy nie poszli na łatwiznę i zrobili wszystko, by nie przekształcić swoich piosenek w bezładne zlepki krzyków, dysonansów, breakdown'ów oraz blast beat'ów. Poszczególne elementy zostały złożone z sensem, co nie przeszkodziło albumowi w osiągnięciu niesamowicie miażdżącego brzmienia, spod którego czasem wystają nawet czyste wokale oraz melodie. Co zaskakujące zupełnie nie zmiękcza to kompozycji, lecz sprawia, że tej płyty ma się ochotę słuchać po kilka razy z rzędu.


Infant Annihilator - The Palpable Leprosy Of Pollution

Przed wami album tak przerysowany, że nie wiadomo do końca, czy należy słuchać go jako parodii, czy może jednak na serio. Obojętnie jednak na które podejście się zdecydujecie, Infant Annihilator dostarczy wam ponad pięćdziesięciu minut przedniej zabawy. By wyobrazić sobie jak brutalny jest ten album wystarczy przeczytać tytuły kilku piosenek: "Devotion Of The Child Rape Syndicate", "Cuntcrusher" czy "Decapitation Fornication" zawsze sprawiają, że na mojej twarzy pojawia się uśmiech, lecz prawdopodobnie powinienem skonsultować to z psychiatrą. Zespół stylistycznie balansuje pomiędzy brutalnym death metalem a deathcore'm i mimo, że ten drugi gatunek może zniechęcić wielu, to zapewniam, że zaczerpnięto z niego jedynie dobre części, jak pig squeal'e oraz breakdown'y, natomiast nudne riffy na jednym dźwięku zostały zastąpione, niejednokrotnie niebywale imponującymi, technicznymi zagrywkami. Nieludzko szybka gra perkusji to ostatnia wisienka na torcie, która sprawia, iż bardziej brutalnego albumu deathcore'owego ze świecą szukać.


Wormed - Exodromos

Brutalny death metal wręcz pęka w szwach od kolejnych zespołów, które rywalizują ze sobą o miano najcięższego. Dość trudno zatem wybrać ten jeden, który sąsiadów zaboli najmocniej, gdy cała scena zajmuje się wyścigiem zbrojeń. Wormed jednak wybija się z tłumu dzięki zupełnie chorym pig squeal'om, które stanowią praktycznie sto procent wokali, które usłyszymy na albumie. Oczywiście w warstwie instrumentalnej również znajdziemy całkiem miażdżący ciężar, nawet z wyraźną nutą technicznego grania. Prawdopodobnie można wygrzebać jeszcze brutalniejsze zespoły, ale Wormed z pewnością znajduje się w czołówce.


Katalepsy - Autopsychosis

Russian slamming guttural brutal death metal to prawdopodobnie najdłuższa nazwa gatunku z jaką się spotkałem i wychodzi na to, że ilość znaków, których potrzebuję użyć, by określić typ muzyki jest wprost proporcjonalna do jej brutalności. Slamm'owcy (zwłaszcza ci rosyjscy) wiedzą jak wgnieść słuchacza w podłogę, a zdecydowanie najciekawszym zespołem w tej kategorii jest Katalepsy. Ci panowie potrafią zainteresować publiczność nawet bez sięgania po wpływy innych gatunków, czy specjalnie techniczne zagrywki. Jeśli macie ochotę na porcję czystego death metalu w wyjątkowo brutalnym wydaniu, który nie uśpi was swoją monotonią, to powinniście sięgnąć po "Autopsychosis" bez chwili namysłu.


Vildhjarta - Måsstaden

Można nie przepadać za djentem, rozumiem to, lecz nie da się zaprzeczyć, iż Vildhjarta jest obecnie jednym z najcięższych zespołów, które znalazły się ostatnio na celowniku większej ilości fanów ciężkiego grania. Debiut tej grupy udowodnił, że Meshuggah wcale nie musi być najbrutalniejszym przedstawicielem tego gatunku. Choć dwaj wokaliści oraz niebywale nisko strojone gitary ośmiostrunowe z pewnością nie przeszkadzają w budowaniu ciężaru, to jego głównym źródłem są tutaj momenty nastrojowe, a także gryzące w uszy, dysonujące riffy. "Måsstaden" udowadnia, że djent może być równie, jeśli nie bardziej brutalny, niż niejeden album death metalowy.


The Dillinger Escape Plan - Calculating Infinity

Muzyka potrafi być brutalna na wiele różnych sposobów. Co inni osiągają niskimi strojeniami oraz growlem, The Dillinger Escape Plan załatwia kontrolowanym chaosem, niemożliwymi do śledzenia zmianami metrum, dysonansami, a także krzykiem. Co prawda na kolejnych albumach zespół dołożył kilka bardziej przyjaznych uchu kompozycji, jednak ich debiut to szalona jazda bez trzymanki, od której mniej wprawionych słuchaczy mogą krwawić uszy. Chociaż "Calculating Infinity" jest ciężki w inny sposób, niż reszta płyt, o których wspomniałem, to ciągle działa jak solidny kopniak w twarz.


Oczywiście zdaję sobie sprawę, że bardzo łatwo znaleźć jeszcze cięższe albumy i oddany fan ekstremalnego doom metalu, lub blackened sludge'u byłby w stanie wyciągnąć ze swojej biblioteki muzycznej dwadzieścia wydań, które absolutnie zgniotłyby wszystko, co właśnie poleciłem. Konkurs brutalności trwa, a zespoły prześcigające się na tym polu raczej nie zamierzają składać broni. Jeśli ktoś z was zna jakiś zespół, który absolutnie deklasuje resztę stawki, to chętnie go posłucham... byle nie był nagrywany na dyktafonie.

wtorek, 2 czerwca 2015

Recenzja - Helloween - My God-Given Right

Helloween - My God-Given Right

Niektórym albumom power metalowym uchodzi płazem brak oryginalności. Pomimo zupełnej nieobecności jakichkolwiek innowacji ciągle są w stanie nadrobić braki w tej kwestii ciekawym charakterem, solidnymi riffami oraz interesującymi melodiami. Niestety najnowsze wydanie Helloween nie zalicza się do tej kategorii i wrażenie déjà entendu przesłania wszelkie dobre strony albumu.
Wyjaśnianie jak brzmi "My God-Given Right" ma mniej-więcej tyle sensu, co opisywanie słońca. Każdy, kto miał styczność z którąkolwiek z płyt tego zespołu wydaną w ciągu ostatniego dziesięciolecia wie dokładnie czego powinien się spodziewać - najbardziej klasycznego power metalu na świecie. W tej kwestii nie ma najmniejszego zaskoczenia i jeśli oczekiwaliście wyłącznie kolejnej porcji tego samego, nie odejdziecie niezadowoleni, lecz ja wciąż szukam powodu, dla którego miałbym przesłuchać "My God-Given Right" zamiast, na przykład "7 Sinners".
Oczywiście znajdziemy tu kilka całkiem porządnych riffów oraz wpadających w ucho refrenów, jednak niestety piosenki zostały ułożone do bólu schematycznie, w kółko powtarzając te same motywy. Z początku nie przeszkadza to specjalnie, ponieważ właśnie tego wszyscy spodziewali się po najnowszym wydaniu Helloween, jednakże gdzieś w połowie płyty nie sposób nie zorientować się, że właściwie nie mamy szans na żadne większe urozmaicenia oraz w rezultacie zupełnie stracić zainteresowania tym, co dzieje się na albumie. Nie zmienia to jednak faktu, iż płyta ta może być całkiem przyjemna w mniejszych dawkach, maksimum dwóch piosenek na raz. Takie kawałki jak utwór tytułowy, "Battle's Won" czy "Lost In America" same w sobie są całkiem przyzwoite, jednak bardzo łatwo się nimi znudzić i nawet one nie stoją na tak wysokim poziomie, jak niektóre hity z ich poprzednich wydań.
Nie mogę powiedzieć natomiast złego słowa o występach samych muzyków, którzy wykonali swoje partie bardzo solidnie. Wokale, gitary, perkusja, bas - wszystko to stoi na całkiem niezłym poziomie i nie można się specjalnie do niczego przyczepić, problem w tym, że nie znajdziemy tu także przesadnych fajerwerków. Występy wykonawców są całkiem przyzwoite, jednak nie zapadają specjalnie w pamięć.
Najnowszy album Helloween okazał się strasznym średniakiem, zarówno na tle innych wydań power metalowych, jak i całej dyskografii zespołu. "My God-Given Right" to płyta skierowana raczej wyłącznie do najwierniejszych fanów grupy, cała reszta może śmiało wrócić do ich starszych wydań bez specjalnego poczucia straty.

7/10