środa, 28 grudnia 2016

Recenzja - Cyborg Octopus - Learning To Breathe

Cyborg Octopus - Learning To Breathe

Wiele płyt w tym roku zasługiwało na uwagę, której nigdy nie dostało. Konkurencja na tym polu jest ogromna, lecz jedna progresywno-death metalowa perełka zasługuje na tytuł największego przeoczenia 2016 roku. Nie ma tu znaczenia ponad pół roku, jakie minęło od premiery, mało znani twórcy czy niezbyt pokaźne gabaryty albumu. O debiucie Cyborg Octopus po prostu grzech nie wspomnieć.
"Learning To Breathe" należy do rzadkiego rodzaju płyt, na których na każdy kawałek twórcy mieli inny pomysł. Choć fundamentem jest tu techniczny death metal obfitujący w rozległe gitarowe pasaże, basowe solówki i niesamowite nabicia perkusyjne, to tu zabawa dopiero się zaczyna. Ci panowie budują na tej podstawie znacznie więcej, niż przeciętni przedstawiciele nurtu, a ich niecodzienne eksperymenty zabierają ich wręcz na pogranicza metalowej awangardy. Każda kolejna kompozycja zaskakuje elementami innych gatunków, w większości zupełnie niezwiązanych z metalem. Otwierające płytę "Data_m1nefield" wita nas retro-elektroniką przywodzącą na myśl synth-wave, "Divine Right (in D Minor)" to festiwal nawiązań neo-klasycznych, "Shark Pit" to niezbyt delikatny hołd dla prostego, agresywnego hardcore punku, "Baptism Of Clay" wprowadza kolejne urozmaicenie w postaci wpływów hinduskiego folku i tradycyjnych śpiewów gardłowych, "Bitter" jednocześnie przygniata potęgą death metalu, jak również oczarowuje delikatnymi partiami pianina, "Discobrain!" - zdecydowanie najbardziej szalony utwór - powoduje opad szczęki funkowymi riffami, niesamowitą linią basową, zaskakuje obecnością sekcji dętej oraz nagłym pojawieniem się czystych, choć nieco prześmiewczych wokali, natomiast "Epiphany" sięga po wpływy muzyki dalekiego wschodu, a także, bardziej przyziemnie, progresywnego metalcore'u. Krótko mówiąc zewsząd wyskakują na nas kolejne niespodzianki, nie ma tu dwóch kompozycji, które brzmiałyby tak samo, a skala tego zjawiska jest tak wielka, że aż trudno powiedzieć cokolwiek o "Learning To Breathe" jako o całości. Nieortodoksyjne podejście do ram gatunkowych w połączeniu z wyjątkowo solidnymi kompozycjami oraz nieprzeciętnymi umiejętnościami wykonawczymi muzyków dało niesamowite rezultaty. 
Po tak imponującym debiucie Cyborg Octopus stał się zespołem, wobec którego można żywić wielkie nadzieje w przyszłości. Będzie to prawdziwa uczta dla wszystkich fanów nieprzewidywalnej muzyki, jak również tych, którzy nade wszystko cenią kreatywność oraz wielbicieli łączenia metalu z zupełnie oderwanymi od niego gatunkami. Bez cienia wątpliwości mamy tu do czynienia z jednym z najlepszych wydań tego roku.

9/10

sobota, 26 listopada 2016

Recenzja - Animals As Leaders - The Madness Of Many

Animals As Leaders - The Madness Of Many

Tosin Abasi to bezsprzecznie najzdolniejszy gitarzysta młodego pokolenia i wniósł do metalu kompletnie nową jakość. W spektakularny sposób połączył złożoność jazzu z agresją oraz ciężarem metalu, co mogło udać się tylko i wyłącznie dzięki jego wirtuozerskim umiejętnościom. Z biegiem czasu druga składowa zaczęła jednak stopniowo zanikać, a korzenie djentowe zespołu na "The Joy Of Motion" nie były zbyt wyczuwalne. Szczęśliwie na "The Madness Of Many" wracają nie tylko elementy metalu, lecz pojawia się także cała paleta nowych wpływów.
Niezmiennie najbardziej efektownym haczykiem w muzyce Animals As Leaders jest niepowtarzalny styl gry gitarzystów. Podobnych melodii nie da się usłyszeć nigdzie indziej w świecie metalu. Najwyższej klasy tapping w czystych, górnych rejestrach instrumentów w połączeniu z jednoczesnym operowaniem niskimi tonami za pomocą kciuka sprawia, że aż trudno uwierzyć, iż ten zespół składa się jedynie z trzech muzyków. Czegoś takiego nie serwuje nawet najlepszy zespół technical death metalowy. Oczywiście panowie nie opierają się jedynie na awangardowych elementach, a ich djentowe zabawy rytmem, czy rozległe pasaże, którymi nieprzerwanie karmi nas gatunek, również stoją tu na najwyższym poziomie. Warto również zwrócić uwagę na coś, co dało się wyczuć już wcześniej, lecz tu bardzo wyraźnie wypływa na powierzchnię - nie jest to już projekt jednego muzyka. Javier Reyes nie stoi w cieniu, a jego partie wcale nie ustępują popisom Tosina. Minęły czasy "CAFO", kiedy to lider zbierał na siebie cały blask reflektorów. Większość riffów gitary rytmicznej jest równie godnych uwagi, co to, co dzieje się na pierwszym planie. Od strony perkusyjnej również jest wyśmienicie, a Matt Garstka staje na wysokości zadania zapewniając podkład rytmiczny na równie wysokim poziomie co warstwa melodyczna.
Jednak wszystkie te zalety zdążyliśmy już poznać na poprzednich wydaniach zespołu. Tym, co wyróżnia "The Madnass Of Many" są zróżnicowane kompozycje. Nie chodzi tu oczywiście wyłącznie o znane nam łączenie kontrastów, huśtanie się pomiędzy spokojem czystych, przestrzennych brzmień oraz potęgą ośmiostrunowej gitary, lecz o nawiązania do bardziej egzotycznych stylów. Lekki dotyk funku na "Private Visions Of The World" może wydawać się mniej wyszukany, lecz wstęp do "Ectogenesis" przywołujący na myśl dark electro pokroju takich twórców jak Perturbator może zaskoczyć, a już neoklasyczny finał płyty - "Apeirophobia" kompletnie zwala z nóg.
Nagranie jest absolutnie bezbłędne. Wyraźnie słychać, że w naszych uszach pojawiają się najlepsi muzycy, grający na instrumentach z najwyższej półki, a całość nagrano dokładnie na takim poziomie, na jaki zasługiwał ten materiał. Niezwykła przestrzeń łączy się z przejrzystością i czystością nagrania, które w przypadku mniej utalentowanych zespołów zdarłyby iluzję monumentalności brzmienia. Nie ukryje się tu żaden dźwięk, a wszystko słychać wyjątkowo precyzyjnie. Producent idealnie wyczyścił nagranie, pozbywając się wszelkiego marginesu błędu, którego wykonawcy i tak nie potrzebowali.
Zarzuty jakie można postawić przed Animals As Leaders są czysto subiektywne. Nie wszyscy muszą przepadać za muzyką czysto instrumentalną, inni będą pragnęli więcej niezbyt subtelnych popisów znanych z debiutu, jeszcze ktoś będzie tęsknił za nieco spokojniejszym charakterem "The Joy Of Motion", a dla niektórych okaże się po prostu zbyt trudna w odbiorze. Nie sądzę jednak żeby choć jedna osoba słuchająca najnowszego dzieła tych panów mogła stwierdzić, iż jest to słaby album oparty na bezsensownych popisach. Choć mnie osobiście zawsze będzie zżerała ciekawość, jak brzmiałaby ich twórczość w towarzystwie śpiewu, to trzeba uczciwie przyznać, że w swojej dziedzinie są bezkonkurencyjni.
9/10

sobota, 19 listopada 2016

Recenzja - Metallica - Hardwired…To Self-Destruct

Metallica - Hardwired…To Self-Destruct

Po swoim ostatnim wyczynie Metallica zdecydowanie nie miała wysoko zawieszonej poprzeczki. Nawet jeśli pominiemy sromotną klęskę jaką było "Lulu", to i tak od czasu "Black Album" kolejne wydania zespołu nigdy już nie powalały tak, jak miały to w zwyczaju za czasów ich świetności. Przed "Hardwired…To Self-Destruct" stanęło zatem niezbyt ambitne zadanie powrotu do cięższego brzmienia nie popełniając przy tym błędów "St.Anger", co na szczęście udało się osiągnąć bez większych potknięć.
Od pierwszych dźwięków nie można mieć najmniejszych złudzeń - nie znajdziemy tu absolutnie nic oryginalnego, riffy nie są najbardziej złożone, kompozycje dość schematyczne, na urozmaicenia nie ma co liczyć, ani nawet nie jest to najlepszy thrash metal dostępny na rynku, trzeba jednak przyznać, że mimo wszystko przy najnowszym dziele Metalliki można bawić się całkiem nieźle. Głównym powodem są całkiem porządne, pomimo ich względnej prostoty, zagrywki gitarowe. Nawet jeśli pewne motywy zapętlają się tu zdecydowanie dłużej, niż nakazywałby rozsądek, to wszystkie mają wyraźny charakter, a James Hetfield dowodzi tu, że wciąż jest w stanie napisać solidną i zapadającą w pamięć melodię. Również jego możliwości wokalne wcale nie zmniejszają się z wiekiem, a jego głos także zdecydowanie zalicza się do jaśniejszych stron albumu. Przyjemny staje się również ciężar brzmienia, który udało się tu osiągnąć bez zbędnego podbijania nagrania jak na "Death Magnetic", ani pamiętnego werbla "St.Anger", który niektórym do dziś śni się po nocach. Moc bierze się z tradycyjnego dźwięku gitar oraz umiejętnie napisanych zagrywek, nie z desperackich prób znęcania się nad słuchaczem za pomocą okrutnych zabiegów produkcyjnych. Całość dopełniają, nieszczególnie kreatywne, w pewnych momentach usypiające partie perkusyjne Larsa Ulricha, dzięki którym "Hardwired…To Self-Destruct" sprawia wrażenie albumu, który nie mógł zostać napisany przez kogokolwiek innego, niż samą Metallikę. Fani pragnący zwyczajnie usłyszeć porządny album swoich ulubieńców powinni zatem być usatysfakcjonowani.
Jednak przestając patrzeć na płytę przez pryzmat zespołu pewne wady zaczynają być coraz bardziej widoczne. Zajdziemy tu naprawdę mało różnorodności. Piosenki są do siebie zdecydowanie zbyt podobne, a drobne, przyjemne urozmaicenia, jak choćby skoki po skali gitary na koniec "Am I Savage?" są rozsiane zdecydowanie zbyt rzadko. Ma to związek z kolejną wyraźną wadą - przesadzonymi gabarytami. Napakowanie interesującą muzyczną zawartością niemal godziny i dwudziestu minut to wyzwanie nawet dla największych gigantów progresywy, a co dopiero dla przedstawicieli mniej złożonych gatunków. "Hardwired…To Self-Destruct" momentami wyraźnie się ciągnie, nie do tego stopnia, co "St.Anger", lecz wycięcie kilku powtórzeń i podanie całości w bardziej skoncentrowanej dawce z pewnością wyszłoby wszystkim na dobre.  
Nie odkryję Ameryki mówiąc, że ta płyta nie może się równać z dawnymi osiągnięciami grupy, ani nawet z dzisiejszą elitą thrashu jak Death Angel czy Testament, lecz słucha się jej całkiem przyjemnie. Metallica udowodniła, że jest czymś więcej, niż wspomnieniem "starych, dobrych czasów" i zespołem czysto koncertowym, słychać, że wciąż są w stanie wypuścić porządny materiał, nawet, jeśli daleko mu do pierwszej ligi. "Hardwired…To Self-Destruct" to nie tylko propozycja dla najbardziej zapalonych fanów zespołu, lecz to raczej oni będą do niej częściej wracać.

7/10

niedziela, 13 listopada 2016

Recenzja - In Flames - Battles

In Flames - Battles

Materiał, jaki In Flames wydaje od czasu odejścia od swoich death metalowych korzeni zdecydowanie nie trzyma równego poziomu. Wbrew opinii wszystkich obrońców "starych dobrych czasów" nie była to jednak kompletna porażka, a panowie nieraz udowodnili już, że i w bardziej przyjaznej radiu stylistyce da się napisać coś ciekawego, niestety zbyt często zaliczają spadki formy. Co ciekawe, dotychczas co drugi ich album prezentował przyzwoity poziom. Biorąc zatem pod uwagę bardzo solidny "Sounds Of A Playground Fading" oraz jego nieprzyzwoicie nudnego następcę - "Siren Charms" - można było mieć nadzieję, że "Battles" po raz kolejny choć odrobinę zrehabilituje zespół. 
W pierwszej chwili nawet wydawać by się mogło, że tak właśnie się stanie, lecz pierwsze, dobre wrażenie pryska dość szybko. Trzeba jednak przyznać, że początek najnowszego wydania In Flames jest całkiem mocny. Otwierające płytę "Drained" wita nas solidnymi zagrywkami, potężną sekcją rytmiczną, odrobinę przesłodzonymi, lecz całkiem strawnymi wokalami oraz kilkoma ciekawymi efektami. Następne "The End" również wita nas prostymi, lecz nie prostackimi motywami, jednak pierwsze problemy zwiastuje ich irytująco nadmierne zapętlenie. Pół-ballada "Like Sand" również zgrabnie balansuje między przystępnością, a nieobrażaniem inteligencji słuchacza, czasem dorzucając ciekawe elektroniczne wstawki. Poziom spada dramatycznie, kiedy tylko w naszych głośnikach pojawia się "The Truth".
Dokładnie po upływie jedenastu minut i czterdziestu dziewięciu sekund "Battles" staje się wodą na młyn dla wszystkich, którzy twierdzą, że In Flames nigdy nie powinno było zmieniać brzmienia. Od tego momentu zaczyna się przedziwny kolarz świetnych oraz absolutnie odpychających elementów. Najlepsza solówka albumu została tu umieszczona na wyjątkowo nieciekawym "In My Room", które zdaje się cały czas oczekiwać na rozwinięcie które nigdy nie nadchodzi. Pewną tradycją na "Battles" stają się obiecujące początki, które budzą nasz złudne nadzieje na należyte rozwinięcie. Melodeathowy wstęp do "Through My Eyes" sprawi, że starym fanom zakręci się łezka w oku, niestety refren może wzbudzić ich już cały wodospad, gdy zespół sadystycznie pozbawi nas wszelkich złudzeń. "Here Until Forever" swoim początkiem maskuje natomiast fakt, iż jest obrzydliwie przyjazną radiu, bezpłciową balladą. Pewnym skokiem jakości są jednak "Underneath My Skin" oraz "Wallflower". O ile pierwszy kawałek zwyczajnie jest w stanie zaserwować nam kilka ciekawych zagrywek oraz całkiem strawny refren, to z drugim sprawa jest bardziej złożona, bowiem buduje ono napięcie zupełnie odwrotnie, niż nakazywałaby logika. Bardzo silny wstęp gitarowy, rozciągający się na dwie pierwsze minuty to zarazem kulminacja, a rozwinięcie uspokaja atmosferę. To oczywiście niejedyny taki pomysł na albumie, a dziwne, niczym nieuzasadnione skoki jakości to tutaj standard.
"Battles" cierpi na większość bolączek mało ambitnego metalu dla mas, lecz jest poprzetykana pewnymi błyskami talentu. Dominują standardowe, nieciekawe nabicia na cztery czwarte, nazbyt często gitary stają się banalnym zapychaczem tła, linie wokalne są ostro przesłodzone, zapętlanie prostych motywów na dwa takty do granic możliwości zdarza się nagminnie, a głos Andersa Fridéna ma na sobie zdecydowanie za dużo "magii studia". Między tym wszystkim przebijają się solidne motywy gitarowe, interesujące wstawki elektroniczne, kilka solidnych solówek oraz parę przyjemnych motywów, lecz by do nich dotrzeć trzeba wykazać się wyjątkowym samozaparciem oraz hartem ducha.
In Flames nie straciło swojego talentu, a odejście od death metalu wcale nie było tak nietrafionym posunięciem, jak malują to fani, im się po prostu nie chce. Widać, że jest tu masa potencjału i wiele zagrywek, które tylko czekają na należyte rozwinięcie, jednak panowie stwierdzili, że po co się wysilać, skoro mogą zgrywać muzycznego McDonalda pokroju Five Finger Death Punch czy Disturbed, karmiąc masowego odbiorcę najtańszymi banałami.

5/10

sobota, 12 listopada 2016

Recenzja - Dark Tranquillity - Atoma

Dark Tranquillity - Atoma

Na początek stwierdźmy coś oczywistego - niektóre konwencje znoszą próbę czasu dużo lepiej niż inne. Melodyjny death metal zdecydowanie należy do tej pierwszej grupy, a jednym z najznamienitszych przedstawicieli tego nurtu jest właśnie Dark Tranquillity. Panowie utożsamiają zarówno wszystko co najlepsze w gatunku, jak i jego największe wady. Choć od dawna ciężko zauważyć w ich muzyce jakiekolwiek ślady rozwoju, to należą im się również słowa uznania, bowiem pomimo tego dają radę regularnie wypuszczać albumy na całkiem solidnym poziomie. Nie inaczej jest tym razem, a wręcz można pokusić się o stwierdzenie, że ich popisowe danie wyszło im najlepiej od dłuższego czasu.
Klasycy z Göteborga wyciągają tu z rękawa wszystkie swoje stare sztuczki, które wszyscy znamy i kochamy. Standardowe konstrukcje refren-zwrotka-refren, w których agresywna sekcja rytmiczna oraz growle kontrastują z delikatnymi, chłodnymi, wyraźnie skandynawskimi melodiami klawiszowymi, urzekającymi solówkami, spokojnym, czystym śpiewem Mikaela Stanne oraz chwytliwymi motywami, które bez najmniejszego problemu zapadają w pamięć. Słoniem w pokoju jest tu oczywiście całkowity brak oryginalności, lecz nawet jeśli słyszeliśmy takie kompozycje już setki razy, żadna piosenka nie zaskoczy nas żadnym nieoczekiwanym zwrotem akcji, a pewne fragmenty sprawiają wrażenie, że już to gdzieś słyszeliśmy, to trudno nie ulec wrażeniu, iż właśnie słuchamy mistrzów w swoim fachu, nad którym pracowali praktycznie całe swoje życie. Zaskakująco melodyjne riffy gitarowe to największa zaleta albumu. Dzieje się tu naprawdę dużo, a melodie zostały na tyle rozbudowane, że nigdy nie sprawiają wrażenia dwóch zapętlonych taktów, które mają przyciągnąć niezbyt wymagających słuchaczy. Utwory, choć nie eksperymentują z formą to też z reguły nie stoją przesadnie długo w jednym miejscu i nie są nazbyt rozciągnięte. Mamy tu do czynienia z bardzo solidnym, książkowym przykładem melodeathu, który nie wnosi do tematu nic nowego, lecz z pewnością przypadnie do gustu fanom konwencji.
Od strony produkcyjnej "Atoma" wypada całkiem przyzwoicie, jednak pojawia się jedno, dość zauważalne zastrzeżenie. Choć całość, a zwłaszcza klawisze oraz czysty śpiew, otwierają w muzyce całkiem sporą przestrzeń, to nagranie perkusji nie dorasta do tego standardu. Bębny, a zwłaszcza talerze wydają się nieco przytłumione, płaskie, miejscami wręcz głuche i nie dostają pola by wybrzmieć. Poza tym jednak zarówno czystość, jak również dynamika nagrania nie dają powodów do narzekań.
"Atoma" to bez wątpienia najlepszy album Dark Tranquillity od czasu "Fiction", a niektórzy mogliby się kłócić, że wręcz od "Character", jednak w związku z porażającą ilością melodeathu, jaki od dłuższego czasu wylewa się na nas zewsząd w zupełnie nierozsądnych ilościach, nie jest w stanie wywrzeć tak piorunującego wrażenia jak poprzednicy. Dla każdego fana tradycyjnego brzmienia z Göteborga jest to pozycja obowiązkowa, jednak muszę lojalnie uprzedzić, iż osobiście odczuwam nieodparte wrażenie nie tylko, że już kiedyś słyszałem tę płytę, lecz nawet, że o niej pisałem.

8/10

sobota, 5 listopada 2016

Recenzja - Avenged Sevenfold - The Stage

Avenged Sevenfold - The Stage

Zawsze miałem wrażenie, że stawianie Avenged Sevenfold w tej samej lidze, co Bullet For My Valentine czy Trivium to duża niesprawiedliwość. Choć ich twórczość jest wysoce przyswajalna dla masowej publiki, to nieczęsto odbijało się to negatywnie na samym poziomie wykonania, czy kompozycji. Nawet ich najwięksi przeciwnicy muszą przyznać, że "City Of Evil" to nieprzeciętny album. Również na ich późniejszych wydaniach ciągle, pomimo niesprzyjających okoliczności i kilku nietrafionych pomysłów ciągle przebijał się talent. "Avenged Sevenfold" był niezwykle nierówny, "Nightmare", jako album pożegnalny dla ich zmarłego perkusisty, cierpiał na przesyt ballad, a "Hail To The King" inspirował się metalem lat dziewięćdziesiątych aż do przesady, lecz wszystkie miały świetne momenty. W końcu na swoim nowym dziele zespół pokazał na co faktycznie ich stać.
"The Stage" to wielka niespodzianka w każdym możliwym znaczeniu. Wydany z zaskoczenia, bez wielkiego odliczania do daty premiery, o zaskakująco wysokim poziomie, a także na tyle zróżnicowany, że każdy następny utwór może zaserwować nam coś niespodziewanego. Poza żwawymi standardami oscylującymi na granicy hard rocka, heavy metalu i metalcore'u obfitującymi w popisy gitarowe znajdziemy całą paletę innych inspiracji. Rozbudowana, imponująca piosenka tytułowa otwiera płytę w wielkim stylu. Sekcja dęta na "Sunny Disposition" to wspaniałe urozmaicenie. Cięższe "Padgrim" i "God Damn", pomijając czyste wokale, śmiało mogłyby uchodzić za pełnoprawne, -core'owe utwory. Bluesowa ballada "Angels" oczarowuje intrygującym charakterem, a nagłe zmiany nastroju na "Simulation" zaskakują. Momentami wręcz progresywne "Higher" stale utrzymuje uwagę słuchacza. Dzieje się tu naprawdę dużo, a każda piosenka została napisana z pomysłem. Widać, że kompozytorzy naprawdę włożyli dużo wysiłku w swoją twórczość i nie zadowalali się jedynie odgrzewaniem tego, co już się sprawdziło. Częste użycie gitary klasycznej nadaje niecodziennej atmosfery. Chórki, orkiestra, instrumenty akustyczne, elektronika, klawisze, natłok takich elementów sprawia, że "The Stage" zahacza wręcz o progresywę (lekko, ale jednak). Zdecydowanie mamy do czynienia z najlepszą płytą Avenged Sevenfold od czasu "City Of Evil", a także najbardziej zróżnicowaną w całej historii grupy.
W uszy rzuca się jednak pewien dość wyraźny problem, który dokucza najbardziej na zamykającym album kolosie - "Exist". Momentami kompozycje ciągną się niemiłosiernie. Faktycznie, dzieje się tu sporo, lecz czasem przestoje są dość dotkliwe, a pewne motywy zostały zapętlone o dwa, trzy razy zbyt wiele, a refren mógłby wrócić o jeden raz mniej. "The Stage" potrzebuje liftingu, bowiem godzina i trzynaście minut to zdecydowanie za długo jak na album tych panów. Chociaż naprawdę, kompozycyjnie stanęli na wysokości zadania, to nie będą z nich następcy Dream Theater. Następnym razem warto podać całość w bardziej skoncentrowanej dawce.
Samo nagranie wydaje się dosyć nierówne. W pewnych momentach otwiera się przed nami wielka, muzyczna przestrzeń, by, gdy tylko pojawi się nieco więcej elementów, brzmienie stało się głuche i niezbyt przejrzyste. Poszczególne partie mogły zostać od siebie bardziej odseparowane, lecz mimo to jesteśmy w stanie wychwycić wszystko co najważniejsze. Jeśli jednak panowie mają zamiar iść dalej w tym kierunku i dalej rozbudowywać swoje utwory, przydałoby się popracować nad przejrzystością nagrania.
Avenged Sevenfold zrobiło swoim nowym dziełem wielki krok naprzód i postawiło wielki mur między sobą, a resztą sceny przystępnego, lecz prymitywnego metalu, udowadniając, że stoją od nich przynajmniej o klasę wyżej. Miejmy nadzieję, że będą kontynuować tę tendencję i na ich kolejny równie dobry album nie będziemy zmuszeni czekać kolejnych dziesięciu lat. Do perfekcji tu daleko, ale jest to bez wątpienia bardzo solidny album, którego posłuchać powinni nie tylko fani zespołu.

8/10

wtorek, 1 listopada 2016

Recenzja - Testament - The Brotherhood Of The Snake

Testament - The Brotherhood Of The Snake

Nowe płyty klasyków thrash metalu to zwykle dość trudny temat. Z jednej strony konwencja ta trzyma się najlepiej ze wszystkich reliktów dawnych, prostszych lat osiemdziesiątych, które większość fanów metalu uważa za złoty wiek (czy słusznie, czy nie, to już materiał na szerszą dyskusję). Z drugiej próżno szukać tu jakichkolwiek innowacji, a większość płyt brzmi niezwykle podobnie. "The Brotherhood Of The Snake" jest tego książkowym przykładem, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym znaczeniu.
Na samym początku warto zaznaczyć, iż fani gatunku mogą sięgać po to wydanie w ciemno. W swojej dziedzinie Testament nadal pozostaje mistrzem. Pozostali jednak muszą zastanowić się, czy mają ochotę na porcję klasycznego, bezpośredniego, ostrego thrash metalu. Jeśli odpowiedź nie jest twierdząca, wtedy lepiej ostudzić swój zapał, bowiem po pierwsze nie ma tu zbytnich szans, aby usłyszeć cokolwiek nowego, a po drugie zróżnicowanie nie jest najmocniejszą stroną tego albumu. O ile wcześniej w tym roku Death Angel na "The Evil Divide" dał nam przykład, jak jednocześnie utrzymać klasyczne brzmienie, a jednocześnie grać różnorodnie, to już ich koledzy nie opanowali tej sztuki. Testament napisał swoje najnowsze dzieło na jedno kopyto. Każdy utwór to ostry, szybki popis klasycznej furii thrashu, bez wyjątków, bez ballad, bez budowania nastroju, bez chwil wytchnienia, bez kombinowania.
Na tym jednak wady się kończą, ponieważ trzeba przyznać, że ci muzycy, choć nie są zbyt elastyczni, to naprawdę znają się na tym co robią. Każdy kawałek został wręcz naszpikowany świetnymi riffami gitarowymi oraz porywającą grą sekcji rytmicznej. Gitarzyści stanęli na wysokości zadania, a ich partie stanowią idealnie wyważone połączenie agresji, melodii, oraz popisów technicznych, a także bez najmniejszego problemu zapadają w pamięć. Solówki również ukazują niesamowity kunszt wykonawców, nie tylko w najbardziej sztampowy sposób, czego świetnym przykładem są neoklasyczne akcenty na "Neptune's Spear". Wcale nie mniejszą rolę na albumie odgrywa sekcja rytmiczna, która nadaje całości niesamowitej energii, która rozrusza każdy koncert i naładuje baterie nawet w najbardziej przygnębiającą, jesienną pogodę. Praca perkusji powala, a imponujące przejścia pomiędzy kolejnymi, szybkimi nabiciami, jeszcze bardziej niż sama warstwa melodyczna, sprawiają, że nie można ani na drobną chwilę oderwać od tego albumu uwagi.
Również nagranie wypada naprawdę dobrze. Dźwięk, głównie za sprawą bardzo głęboko brzmiących bębnów wydaje się niezwykle przestrzenny, nawet jeśli gitary mogły być nieco mniej skompresowane. Co do przejrzystości nasuwa się tylko jedno zastrzeżenie - gitara basowa miejscami ginie w miksie. Poza tym jednak nie ma najmniejszych problemów, a pozostałe partie nie zlewają się ani odrobinę.
"The Brotherhood Of The Snake" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbicieli thrash metalu. Każdy, którego choćby przeszła myśl, by popędzić w dół strony, by zostawić komentarz "Nie zawsze innowacje w muzyce są potrzebne, ja tam lubię, że mój ulubiony zespół nic nie zmienia" powinien dopisać sobie do oceny przynajmniej jeden punkt, po czym niezwłocznie sięgnąć po ten album. Jednak polecam go również wszystkim tym, którzy zwyczajnie nie są jeszcze zmęczeni tą konwencją. Każdy czasem w życiu potrzebuje odrobiny prostoty klasycznego, solidnego thrashu, nawet jeśli ta nie oferuje żadnych nowych doznań.

8/10

poniedziałek, 31 października 2016

Recenzja - Anaal Nathrakh - The Whole Of The Law

Anaal Nathrakh - The Whole Of The Law

Przesada również jest pewnego rodzaju sztuką, wbrew pozorom nie tak łatwą do opanowania. Myślę, że wszyscy kojarzymy podłej jakości prymitywny ciężar deathcore'owych breakdownów, zwykle pozbawioną jakiejkolwiek myśli łupankę brutalnego death metalu, nużąco monotonny "prawdziwy" black metal czy grindcore tak ekstremalny, że zlewa się w jeden nic nieznaczący hałas. Żadna z tych konwencji, choć przegięta do granic możliwości, nie jest w stenie wymierzyć uszom słuchaczy tak potężnego, iście zabójczego ciosu jak najwięksi artyści w tej dziedzinie - Anaal Nathrakh.
Niezrównana agresja brzmienia tych panów jest wręcz legendarna, a "The Whole Of The Law" przypomina, że stoją oni przynajmniej o poziom wyżej, niż wszyscy inni próbujący sił na tym polu. Dzieje się tak z wielu powodów. Przede wszystkim twórcy nie podchodzą tu do ciężaru bezmyślnie. Ci panowie rozsiewają terror z głową, niczym najgenialniejszy psychopata, nęcąc potencjalne ofiary solidnymi, niepozbawionymi melodii riffami, porywającymi, momentami wręcz pięknymi solówkami (szczególnie w tej kwestii wykazują się na kończącej album "Of Horror, And The Black Shawls") oraz czystymi wokalami, które jednak nie przynoszą prostych motywów, a niepokój, a zakorzeniają się w uchu wyłącznie po to, by nakłonić ofiary, aby te znów przyszły po kolejną dawkę bólu. Stosując mniej ekstremalne elementy muzycy pomiędzy kolejnymi atakami dają nam nadzieję, którą niszczą z każdym następnym, potężnym ciosem, a te spadają na nasze uszy z siłą reakcji fanów Disturbed na samo wspomnienie, iż ich ulubieńcy bywają nieco wtórni. Programując nabicia perkusyjne panowie w pełni wykorzystali pole, jakie dawał im brak ograniczeń związanych z fizycznymi możliwościami ludzkimi. Tempa są tu zawrotne, a sekcja rytmiczna wręcz wgniata w fotel. Podobne wrażenie dają zniekształcone, nieludzkie growle wokalisty, przypominające krzyki torturowanych ofiar, a także niski głos najgłębszych odmętów piekieł. Ostatni element industrialny - wstawki elektroniczne - także jest tu użyty by spotęgować obrażenia. Dźwięki rodem z awarii sprzętu elektrycznego bezlitośnie wgryzają się w uszy ("The Great Spectator"). Sama praca gitar, choć miejscami głaszcze odbiorców po głowie, potrafi także pokazać pazur. Typowo black metalowe tremolo, w połączeniu z niskimi tonami sekcji rytmicznej nie zna litości i nie bierze jeńców. 
Jeśli ten opis brzmi dla was jak coś pozytywnego, prawdopodobnie pokochacie zarówno najnowsze dzieło Anaal Nathrakh, jak i wszystkie ich poprzednie płyty, bowiem zasadniczo panowie nie pokusili się tu o wprowadzenie zbyt wielu nowości. Jednak tym razem, wyjątkowo, biorąc pod uwagę, jak unikalnym zjawiskiem jest ten zespół, można przymknąć na to oko. Podobnie z nagraniem. Sekcja rytmiczna miejscami zbytnio zlewa się w jedną plamę hałasu, a wokale bywają nazbyt skompresowane. Niedociągnięcia te nie odbierają jednak (nieco masochistycznej) przyjemności ze słuchania tej płyty.
"The Whole Of The Law" to propozycja wyłącznie dla wielbicieli najmocniejszych wrażeń. Panowie przeplatają tu piękno z największym brudem jaki można sobie wyobrazić w muzyce. Takie połączenie prawdopodobnie bardzo spodoba się fanom turpizmu oraz muzycznym cynikom podobnym kompozytorom tego dzieła. Zwykli ludzie nie mają tu czego szukać, nie od dziś wiadomo, że twórczość Anaal Nathrakh zdecydowanie nie jest dla każdego. Jednak jeśli odpowiadają wam takie klimaty nie mogliście lepiej trafić.

8,5/10

sobota, 29 października 2016

Recenzja - Amaranthe - Maximalism

Amaranthe - Maximalism

Biorąc pod uwagę wszelkie techniczne wyznaczniki jak złożoność kompozycji czy umiejętności instrumentalistów Amaranthe było w stanie powalczyć ewentualnie z mierną ligą pokroju Asking Alexandria, lecz odróżniała ich niespotykana osobowość, dzięki której można było przymknąć oko na pewne niedoróbki. Wraz ze zniknięciem tejże niepowtarzalności na ich najnowszej płycie taryfa ulgowa się kończy i należy przyznać to szczerze - było przyjemnie, ale chyba właśnie nastąpiło zmęczenie materiału.
Już przy premierze pierwszego singla - "That Song" można było wyczuć, że nie będzie to największe osiągnięcie zespołu. Począwszy od nabicia żywcem ściągniętego z Queen, przez zagrywkę na pianinie, przywołującą Dr.Dre oznajmującego "Guess who's back!", a skończywszy na niepokojąco skromnej obecności gitary, wszystko to było zwiastunem zbliżającego się upadku. Same elementy popu wcale nie są tu największą wadą, w końcu były one obecne w muzyce Amaranthe od zawsze, niektórych zniechęcały, lecz także one nadawały im charakter, problem polega na tym, że tym razem wykraczają poza zwykłą inspirację, a zaczynają zahaczać o plagiat. "Boomerang" brzmi jak połączenie "You Spin Me Round (Like a Record)" z dowolnym hitem Lady Gagi, "Limitless" do złudzenia przypomina Within Temptation z kompletnie przesadzoną elektroniczną perkusją, "Endlessly" to festiwal banałów znanych z płaczliwych radiowych ballad, beat "Faster" został żywcem wyciągnięty z twórczości The Prodigy, a "Fury", gdyby nie gitara i okazjonalne growle, spokojnie mogłaby być utworem Rihanny. Jedyna naprawdę interesująca piosenka to "Supersonic", lecz jest to jedynie łyżka miodu w beczce dziegciu.
Zrzucając osnowę niepowtarzalności Amaranthe ukazuje wszelkie swoje wady, niektóre całkiem poważne. Ponieważ dotychczas wytarte schematy były używane w niespotykany sposób nie przeszkadzały zbytnio, jednak tym razem kłują w uszy i szablonowe kompozycje, i identyczna struktura kawałków (wszystkie oscylują wokół typowo radiowej długości trzech minut), i banalne, taneczne nabicia na dwie i cztery czwarte, i sprowadzanie gitar do roli podkładu, i natłok efektów nałożonych na głosy wokalistów. Nie uratują tego albumu ani chwytliwe motywy, ani ilość linii wokalnych, ani porządna elektronika. Braku własnych pomysłów nie da się zatuszować w żaden sposób.
Jeśli Amaranthe znów zdecyduje się kopiować innych będzie to oznaczało ich koniec. Niegdyś byli żywym dowodem na to, że w każdej stylistyce da się napisać dobrą muzykę, lecz "Maximalism" daje tylko argumenty przeciwnikom tej teorii. Nigdy nie byłem uczulony na łączenie popu z metalem i nie sprawia mi przyjemności takie znęcanie się nad tym zespołem, a swoją ocenę wystawiam z ciężkim sercem, jako rozczarowany fan, nie obrońca "prawdziwego" metalu.

3,5/10

niedziela, 23 października 2016

Recenzja - The Dillinger Escape Plan - Dissociation

The Dillinger Escape Plan - Dissociation

Zapowiedź tego albumu była prawdziwie słodko-gorzka, dowiedzieliśmy się bowiem, iż będzie to najprawdopodobniej ostatni album The Dillinger Escape Plan jaki będzie nam dane usłyszeć. Strata tak wybitnych wizjonerów, którzy odcisnęli poważne piętno na współczesnej scenie metalowej boli, lecz przynajmniej na otarcie łez dostaliśmy "Dissociation", które znakomicie sprawdza się jako pożegnanie i podsumowanie wszystkiego, czym zespół był, lecz raczej nie zostanie obwołane największym osiągnięciem grupy.
Fani zespołu nie zawiodą się, po raz kolejny usłyszymy kultowe chaotyczne rytmy, gryzące w uszy dysonanse oraz niezrównaną agresję, przeplatane z oszczędniejszymi wstawkami jazzowymi, nastrojowymi przerywnikami, chwytliwymi motywami oraz całą masą kreatywnych pomysłów i nowości, które nie pozwalają nawet na chwilę oderwać uwagi od tego wydania. Jak zwykle huśtawka nastrojów jest ekstremalna, a kompozycje starają się unikać standardowych konstrukcji tak mocno, jak tylko się da. W jednej chwili twórcy głaszczą nas delikatnymi motywami, które przy przypływie gustu masowego odbiorcy mogłyby znaleźć się w radiu, by za moment uderzyć niczego niespodziewających się, nieprzygotowanych, przeciętnych zjadaczy chleba z mocą kombajnu odrzutowego, nie tyle powodując krwawienie z uszu, co raczej urywając głowę przy samych kolanach. Wachlarz brzmień, jakie oferuje "Dissociation" również imponuje, bowiem obok standardowych, metalowo-hardcore'owo-jazzowych klimatów usłyszymy także elementu dark ambientu ("Fugue"),  klasycznego, symfonicznego metalu progresywnego ("Nothing To Forget"), sekcję dętą ("Low Feels Blvd") a w pożegnalnej, tytułowej balladzie nawet wpływy wschodniej muzyki folkowej. Krótko mówiąc The Dillinger Escape Plan dostarczył nam dokładnie tego, czego wszyscy oczekiwaliśmy - szalonego geniuszu muzycznego, niesamowitej, lecz jednocześnie kompletnie niestrawnej twórczości przeznaczonej jedynie dla najbardziej zaprawionych w bojach słuchaczy.
Jedynym zauważalnym problemem paradoksalnie jest bardzo równy poziom płyty. Wszystkie kompozycje stoją tu na bardzo wysokim poziomie lecz próżno szukać tu naprawdę wybitnych kawałków, które wybijają się na tle całego dorobku grupy. Brakuje tu utworów, które wywołują tak piorunujące wrażenie jak niezapomniany "Widower", jak "Milk Lizard", którego motywu przewodniego nigdy nie uda się usunąć z pamięci czy jak idealny balans jazzu i mathcore'u na "Setting Fire to Sleeping Giants". Nie jest to wielka wada, jednak brak wyczuwalnych hitów niektórym może dać się we znaki.
The Dillinger Escape Plan odchodzą w wielkim stylu, jednak ich wielki finał nie jest jednocześnie ich najbardziej imponującym dziełem. Panowie dali fanom wspaniały prezent pożegnalny, który zgrabnie zamyka pewien rozdział nie tylko dla samego zespołu, lecz przede wszystkim dla całej sceny metalowej. Kończy się właśnie pewna epoka, w której kompletny chaos swobodnie mieszał się z przyjaznymi dla ucha motywami. "Dissociation" z jednej strony bardzo cieszy, lecz z drugiej smuci, gdy tylko zdamy sobie sprawę, że może być to ostatni album jaki kiedykolwiek usłyszymy w wykonaniu tej grupy.

8,5/10

niedziela, 16 października 2016

Recenzja - Opeth - Sorceress

Opeth - Sorceress

Odświeżanie swojego brzmienia to kluczowa sprawa dla wszystkich zespołów z dłuższym stażem, jednak należy robić to umiejętnie. Popychając swój zespół do przodu należy pamiętać, by stale wzbogacać wachlarz brzmień jakimi się operuje. Niestety, jak na inteligentny zespół, Opeth przy okazji "Heritage" postąpił bardzo głupio, odcinając się od swojego cięższego oblicza, jednocześnie nie oferując wiele nowego w zamian. Jednak na "Sorceress", pierwszy raz od zniknięcia growli można odnieść wrażenie, że cała ta zmiana w końcu do czegoś dąży.
Nie da się zaprzeczyć, że lata siedemdziesiąte były złotym okresem dla klasycznego progresywnego rocka, jednak przeszłość ma pewną własność o której wielu zapomina - nie da się jej odtworzyć z zachowaniem całego jej czaru. Z tego powodu wszelkie zespoły revivalowe nigdy nie dojdą dalej niż ci, na których się wzorują. Choć trudno to przyznać, to właśnie tym pięć lat temu stał się Opeth. Nie ma oczywiście wątpliwości - "Heritage" i "Pale Communion" to bardzo solidne albumy, lecz bledną zarówno w porównaniu z dokonaniami Yes czy Rush, jak i wcześniejszymi płytami Szwedów.
"Sorceress" nie zwraca nam czasów "Blackwater Park", wciąż hołdując przeszłości, lecz tym razem panowie postarali się stworzyć nieco bardziej kolorową mieszankę stylów, dzięki której czuć drobny powiew oryginalności. Tym razem twórcy wzbogacili klasyczno-progresywne brzmienie o brudniejsze wpływy z rejonów stoner/sludge/doom, co dodało całości charakteru. Prostsze, chwytliwe, acz przytłaczające motywy przeplatają się tu z bardziej złożonymi riffami gitarowymi, partiami akustycznymi oraz brzmieniami klawiszowymi przywołującymi wspomnienia czasów organów Hammonda. Ten zabieg nadał całości odrobiny niezbędnego ciężaru, którego wcześniej bardzo brakowało. Przede wszystkim jednak Michael Åkerfeldt i przyjaciele skupili się na stworzeniu progresywnego dzieła na miarę swoich mistrzów, pełnego różnorodnych brzmień, bogatych aranżacji i delikatnych smaczków. Oczywiście, jak przystało na wybitnych muzyków wyszło im bardzo przyzwoicie, lecz ciągle nie wiadomo dlaczego zamiast tego nie posłuchać po prostu kolejny raz Yes - "Fragile".
Jednocześnie klimaty te przywołane do dzisiejszych czasów zyskują za sprawą lepszych, czystszych nagrań. Potężne, przesterowane gitary nie zakrywają przewijających się w tle klawiszy, czy innych smaczków przygotowanych dla nas przez kompozytorów. Nagranie jest tu wyjątkowo przejrzyste i podkreśla wszystkie najważniejsze elementy kompozycji. Nawet solówki na basie są słyszalne bez najmniejszego problemu, a niskie częstotliwości nigdy nie sprawiają wrażenia spłaszczonych. W warstwie produkcyjnej nie ma się do czego przyczepić.
Mieszanka Black Sabbath i Yes ma swój urok, lecz fani wciąż będą musieli czekać na czasy gdy Opeth znów zapragnie być sobą, zamiast składać hołd czasom, które dawno minęły i wbrew ich wszelkim staraniom już nie wrócą. Mówią, że jeśli masz kopiować, kopiuj najlepszych, szkoda tylko, że dla tych panów była to degradacja ze statusu pionierów do naśladowców. Dopóki twórcy maja takie nastawienie nie mamy co liczyć na kolejne wybitne dzieło, nie mniej jednak należy przyznać, że to co aktualnie robią wychodzi im całkiem nieźle.

7,5/10

sobota, 15 października 2016

Recenzja - Meshuggah - The Violent Sleep Of Reason

Meshuggah - The Violent Sleep Of Reason

Meshuggah z pewnością nie należy do najbardziej pracowitych zespołów na świecie. W czasie gdy oni wydali ledwie trzy albumy, gatunek który zainspirowali zdążył powstać, osiągnąć szczyt popularności i zacząć się powoli wypalać. Ci panowie jednak robili swoje na długo przed tym jak ktokolwiek usłyszał słowo djent, a ich najnowsze dzieło dowodzi, że ich muzyka będzie rzucać na kolana jeszcze długo, niezależnie od panujących trendów.
Z początku "The Violent Sleep Of Reason" mógł wywoływać drobne obawy. Pierwsze udostępnione utwory jak "Born In Dissonance" i "Nostrum" z pewnością ucieszyły tych, którzy liczyli na czysty ciężar oraz zabawę rytmem, przywołującą wspomnienia "Bleed". Okazuje się, że, na całe szczęście, było to bardzo mylące. Mimo wszystko prawdziwa magia dzieje się dopiero, gdy twórcy zaczynają układać swoje charakterystyczne, oparte na rozległych pasażach, chaotyczne melodie, a tych usłyszymy na "The Violent Sleep Of Reason" wyjątkowo dużo. Kiedy tylko w połowie "Clockworks" rytmiczne zagrywki ustępują miejsca szalonym riffom przechodzącym przez kilka oktaw, dowiadujemy się w którą stronę panowie skręcają tym razem. Na swój nieregularny, dysonujący, zupełnie nie wpadający w ucho sposób jest to najbardziej melodyjny album jaki Meshuggah stworzyło w swojej karierze. Sztampowe staccato na pojedynczych dźwiękach nie pojawia się tu praktycznie nigdy, a panowie gęsto poupychali intrygujące motywy okupujące najniższe rejestry jakie nasze głośniki są w stanie wyprodukować. Trzeba przyznać, że kompozytorzy w samą porę zorientowali się, iż czysto rytmiczne popisy zostały w ostatnim czasie dość mocno wyeksploatowane i aby zaimponować dzisiejszej publiczności należy iść o krok dalej. Nie oznacza to jednak, że Tomas Haake odsunął się ze swoim zestawem perkusyjnym w cień, aczkolwiek z pewnością nie kradnie całej uwagi dla siebie, jak to niejednokrotnie miało miejsce w przeszłości. Tym razem z całą pewnością jest to album duetu Thordendal-Hagström i to ich partie najbardziej wciągają w wir muzycznej agresji, popisów technicznych i przytłaczającego klimatu, jakim jest "The Violent Sleep Of Reason".
Nie można również nie wspomnieć, iż mamy tu do czynienia z najlepiej nagranym albumem Meshuggah, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. W końcu dostaliśmy nagranie, na które czekaliśmy - bez przesadzonej kompresji gitar, z potężnym, mięsistym, lecz nie głuchym basem oraz solidną dynamiką. Niektórzy wprawdzie mogą narzekać na nadmierne podbicie niskich częstotliwości, lecz, szczerze mówiąc, jeśli jakikolwiek zespół powinien podkreślać je ile tylko się da, to właśnie ten.
Może to dzięki zaangażowaniu Dicka Lövgrena w kompozycje, świetnej realizacji, bądź wyraźniejszemu postawieniu na melodie, ale z pewnością jest to jedno z najlepszych dzieł Meshuggah i bez najmniejszego zawahania można postawić je obok "Destroy Erase Improve" czy "ObZen". "The Violent Sleep Of Reason" to festiwal wszystkiego co najlepsze w muzyce tych panów i ci, którzy doceniają ich za coś więcej niż czysty ciężar z pewnością się w nim zakochają.

9,5/10

sobota, 8 października 2016

Recenzja - Epica - The Holographic Principle

Epica - The Holographic Principle

Ostatnimi czasy susza w metalu symfonicznym zdaje się być przerywana jedynie kolejnymi wydaniami Epiki, a i oni przy okazji "Requiem For The Indifferent" lekko rozczarowali. Ciężar odpowiedzialności, jaki spoczywa na ich barkach jest zatem naprawdę poważny. Jeśli zespołowi nie udałoby się przynajmniej powtórzyć sukcesu "The Quantum Enigma", fani gatunku na kolejny wybitny album w tej kategorii prawdopodobnie musieliby czekać kolejne dwa lata. Na całe szczęście muzycy stanęli na wysokości zadania.
W muzyce tego zespołu jest coś, co sprawia, że nie nudzi się tak jak większość im podobnych - duma ze swoich metalowych korzeni. Epica nigdy nie zamieniła przesterowanych gitar oraz growli na proste podkłady, taneczne nabicia czy popowe kompozycje. Nikt nie obawia się tu zrażenia niedzielnej, radiowej publiczności, a na pierwszym miejscu zawsze stoi wewnętrzna logika utworu, nie rynku. Spokojne ballady akustyczne są delikatne i melodyjne, ponad dziesięciominutowe kolosy powalają monumentalnym brzmieniem, a żwawe kompozycje nie stronią od wyrazistych riffów gitarowych, ani nie ograniczają się do czystych wokali. Wyśmienity operowy śpiew Simone Simons nie raczy nas zapętlonymi, przesłodzonymi, prymitywnymi motywami. Orkiestra nie wyręcza gitarzystów w prowadzeniu utworów do przodu, choć towarzyszy nam praktycznie bez przerw, a partie symfoniczne zostały napisane z należytym rozmachem. Chóry, smyczki, sekcja dęta i całe bogactwo brzmień wspomagające już i tak bardzo solidny, metalowy kręgosłup grupy (wykorzystujący nawet takie dobrodziejstwa dzisiejszych czasów jak gitary o poszerzonej skali), a także potężne, złożone, niesztampowe kompozycje sprawiają, że "The Holographic Principle" powoduje opad szczęki. Również same nowe pomysły, które słychać na płycie nie pozwalają się nudzić. Wahania nastrojów to już standard dla tego zespołu, lecz tym razem usłyszymy także niestandardowe tonacje ("A Phantasmic Parade"), wpływy muzyki wschodu ("Dancing In A Hurricane"), czy sakralnej (w wielkim finale - "The Holographic Principle - A Profound Understanding Of Reality"). Wprawdzie nie ma tu żadnej wielkiej rewolucji, lecz nowości jest na tyle dużo, by oddalić oskarżenia o stagnację.
Od czysto technicznej strony album również prezentuje się bardzo dobrze, lecz nie obędzie się bez uwag. Przede wszystkim orkiestra oraz chóry zostały nagrana wyśmienicie i nie ma najmniejszych wątpliwości - tu za każdym instrumentem stał prawdziwy muzyk, nie klawiszowiec z dobrym sprzętem. Dzięki temu brzmienie jest naprawdę monumentalne i jeśli oceniać wyłącznie partie symfoniczne to nie ma się do czego przyczepić, trochę gorzej prezentują się ścieżki samych członków zespołu. Gitary są odrobinę zbyt niewyraźne, a po nałożeniu tych dwóch warstw dźwięk staje się niewystarczająco przejrzysty. Na przyszłość producent powinien zadbać o większą precyzję nagrania.
Epica w pierwszej kolejności broni się jako świetny zespół metalowy, a warstwa symfoniczna dopiero wzbogaca ten solidny fundament i właśnie dlatego z biegiem lat stali się tym jednym zespołem w swojej kategorii, na którego płyty zawsze warto czekać. "The Holographic Principle" nikogo raczej nie zaskoczy, ale stanowi najlepszy przykład tego, jak należy tworzyć w tym gatunku. Gdyby więcej zespołów tak podchodziło do swojej twórczości jak Epica nie bylibyśmy świadkami kryzysu w tradycyjnym metalu symfonicznym.

9/10

niedziela, 2 października 2016

Recenzja - Allegaeon - Proponent For Sentience

Allegaeon - Proponent For Sentience

W tym roku konkurencja w świecie technicznego death metalu jest wyjątkowo zacięta. Sytuacja stała się jeszcze bardziej emocjonująca, gdy jeden z najlepszych młodych zespołów tego nurtu również zapowiedział na ten rok nowy materiał. Allegaeon już od czasu swojego debiutu zachwycał, a ich płyty śmiało mogły pretendować do rangi jednych z najlepszych w gatunku. Prawdopodobnie zatem, gdyby tylko chcieli osiąść na laurach, wszyscy z radością witaliby kolejne takie same albumy. Ci panowie nie mieli najmniejszego zamiaru tego robić, a ich nowe dzieło wręcz ocieka świeżymi pomysłami.
Już "Elements Of The Infinite" było wielkim osiągnięciem, a według niektórych nawet kamieniem milowym dla gatunku, zatem fakt, że "Proponent For Sentience" idzie jeszcze dalej jest podwójnie imponujący. Fani zespołu znają już nadludzkie umiejętności techniczne wykonawców, jak również niesamowite kompozycje, jakimi muzycy niezmiennie imponują, lecz w tym wypadku nawet oni będą zaskoczeni. Oczywiście złożone, niezwykle szybkie, intrygujące i, co najważniejsze, zapadające w pamieć zagrywki znajdują się tu praktycznie na każdym kroku. Zewsząd atakują nas wspaniałe melodie, nie tylko gitarowe, które zapadają w pamięć nie z powodu niekończących się zapętleń, co ma miejsce w przypadku przytłaczającej większości piosenek radiowych, a raczej dzięki temu jak dobrze zostały ułożone oraz jak interesująco twórcy je rozwijają. Standardowo, ponad wszelkie tech-deathowe standardy, usłyszymy także solidną porcję niebywale profesjonalnej gry na gitarze klasycznej, równie imponującej, co rozległe pasaże przepuszczane przez wzmacniacz. Ale wszystkie te elementy znaliśmy już z wcześniejszych płyt zespołu, a i nowości znajdziemy tutaj sporo. Pierwszy miły akcent zastaje nas już na samym wstępie, bowiem na "Proponent For Sentience" wita nas niezwykły, monumentalnie brzmiący wstęp symfoniczny. Chóry i orkiestrę spotkamy znacznie częściej niż dotychczas, co miejscami przywodzi skojarzenia z Fleshgod Apocalypse. Allegaeon zdecydowanie skorzystał na dodatkowej potędze jaką oferują tak bogate aranżacje. Miłą atrakcją są także akcenty elektroniczne na "Of Mind And Matrix", które zgrabnie urozmaicają album. Kolejną perełką na płycie jest "Proponent For Sentience III - The Extermination" ze swoim niesamowitym, pełnym pogłosu wstępem oraz odświeżającym, gościnnym występem Björna Strida. Czysty śpiew w twórczości tych panów to naprawdę niecodzienna przyjemność. Przyjemna niespodzianka to także zamykający całość cover "Subdivisions" zespołu Rush. Panowie podeszli do sprawy dokładnie tak, jak należało - nadali utworowi zupełnie nowy wydźwięk przystosowując go do swojego własnego, unikalnego stylu, nawet jeśli nie usłyszymy na nim growli. Słychać, iż panowie mieli tu naprawdę dużo pomysłów i nie mają najmniejszego zamiaru zacząć wyłącznie odcinać kuponów od swojej dotychczasowej pracy.
"Proponent For Sentience" to jeden z najlepszych tegorocznych albumów technical death metalowych, choć poprzeczka wisi naprawdę wysoko. Bogate brzmienia, zapadające w pamięć motywy, zapierające dech w piersiach popisy techniczne, ciągłe urozmaicenia - wszystko znajdziemy na swoim miejscu. Obojętnie czy oczekujemy furii death metalu, czy chwytliwości melodeathu, czy potęgi orkiestry, czy nawet piękna i delikatności gitary klasycznej, najnowszy album Allegaeon zaspokoi wszystkie te pragnienia.

9,5/10

wtorek, 27 września 2016

Recenzja - Insomnium - Winter's Gate

Insomnium - Winter's Gate

Eksperymenty w muzyce to zawsze zjawisko bardzo pożądane. Niektóre się udają, inne nie, lecz praktycznie zawsze wychodzi z nich coś interesującego. Widząc zatem pierwszy raz, iż najnowsze dzieło Insomnium to album jednej, długiej kompozycji z jednej strony byłem zaintrygowany, jednak z drugiej zacząłem zachodzić w pamięć, co uświadomiło mi, że ostatni spektakularny sukces z użyciem tej formy miał miejsce dwadzieścia lat wstecz i było to wydanie "Crimson" Edge of Sanity. Jednak ci panowie mieli wszelkie podstawy, by udźwignąć tak ambitny pomysł oraz wycisnąć z niego ile tylko się da.
Muzycy nie mieli tu zamiaru zbytnio zmieniać w swoim brzmieniu, zatem nie usłyszymy żadnych wielkich rewolucji, ani niczego, czego zespół nie podawał nam wcześniej. Całą atrakcją jest tu zupełnie inna forma, w jakiej prezentują swoją charakterystyczną grę. Na większym formacie (utworu, bowiem sama płyta trwa jedynie czterdzieści minut) zdecydowanie najwięcej zyskała atmosfera, jaką panowie od zawsze z wielkim sukcesem budowali. Chłodne, skandynawskie, klawiszowe melodie połączone z furią sekcji rytmicznej, która miejscami przywołuje na myśl black metal, zachwycającymi, delikatnymi solówkami gitarowymi, a także okazjonalnymi czystymi wokalami czy instrumentami akustycznymi stwarza niepowtarzalny nastrój, przenosząc słuchacza w sam środek nieprzyjaznego, lecz na swój surowy sposób pięknego zimowego pustkowia. Płynne przejścia między gwałtowniejszymi, a spokojniejszymi momentami pozwalają dużo lepiej zanurzyć się w krajobraz roztaczany przed nami przez muzykę Insomnium. "Winter's Gate", choć jak na pojedynczy utwór osiąga monstrualne gabaryty, nie nudzi nawet na chwilę, wręcz przeciwnie - słuchając go stale odczuwa się pragnienie, by trwał tak długo, jak tylko to możliwe. Kolejne solówki chwytają za serce, za każdym rogiem czai się porywający motyw, a zmiany nastroju są tu częstsze, niż na niejednej płycie, na której średnia długość piosenek nie przekracza czterech minut.
Nie oznacza to jednak, że nie znajdziemy tu wad. Przede wszystkim próżno szukać tu jakiegokolwiek materiału na singiel, co w tym przypadku jest bardzo zrozumiałe. Ciężko znaleźć pojedynczy motyw, który wpadnie w ucho, bądź część, do której będzie się chciało koniecznie wracać i odtwarzać w nieskończoność. "Winter's Gate" to zamknięta całość, przy której trzeba usiąść na spokojnie, po czym rozkoszować się nią nieprzerwanie przez następne czterdzieści minut. Tych, obciążonych deficytem uwagi może to zniechęcić, jednak warto się przemóc.
Drugim niedopatrzeniem jest nagranie, którego jakość nie idzie w parze z poziomem materiału na płycie. Brzmienie dość często, gdy dzieje się zbyt dużo, staje się irytująco nieprzejrzyste. Partie zlewają się w jedno, potężne uderzenie dźwięku, co mogło równie dobrze być zamysłem artystycznym, imitując uderzenie burzy śnieżnej, lecz nawet w takim wypadku wolałbym, aby twórcy nie adaptowali swojego konceptu aż tak dokładnie. Również niskie tony wydają się nieco zbyt mocno podbite w miksie, tworząc nienaturalne wybrzuszenie w niskich rejestrach. Chociaż bardzo miło jest wyraźnie słyszeć gitarę basową, to zdecydowanie warto unikać także przesady w tej kwestii.
Trzeba przyznać, że tytuł został tu dobrany wyśmienicie, ponieważ najnowsze dzieło Insomnium to prawdziwe wrota do świata pięknej, choć surowej zimy. Nie jest to album bez wad, jednak stanowi niesamowite doświadczenie i jeden z największych wyczynów w karierze tych panów. Po dwudziestu latach "Crimson" w końcu doczekał się godnego przeciwnika w swojej kategorii. Tej płyty zdecydowanie warto posłuchać, lecz należy to zrobić spokojnie i w skupieniu.

9/10

niedziela, 18 września 2016

Recenzja - The Dear Hunter - Act V: Hymns with the Devil in Confessional

The Dear Hunter - Act V: Hymns with the Devil in Confessional

Wydanie kolejnego albumu ledwie rok po genialnym i niezwykle rozbudowanym "Act IV: Rebirth In Reprise" musiało być wręcz tytanicznym wysiłkiem dla The Dear Hunter. Ich niesamowicie złożona muzyka z pewnością pochłania niezliczone ilości godzin pracy, lecz nie powstrzymało to twórców przed zapewnieniem nam kolejnego, wspaniałego dzieła stojącego na tak samo wysokim poziomie jak jego poprzednicy, a co równie ważne - z zachowaniem ich zwyczajowego, monumentalnego rozmachu.
"Act V: Hymns with the Devil in Confessional" niesie za sobą wszystko, za co uprzednio pokochaliśmy muzykę The Dear Hunter. Bogactwo brzmienia jest tu wręcz niewyobrażalne dla tych, którzy jeszcze nie mieli styczności z tym zespołem. Choć porównanie do opery jest tu jak najbardziej na miejscu, to symfoniczna potęga orkiestry oraz chórów to jedynie jedne z wielu sposobów, na jakie twórcy rozkładają słuchaczy na łopatki. Wpływy jazzu, muzyki klasycznej, kabaretowe oraz musicalowe to prawdziwa dusza całego albumu, nawet jeśli są to elementy nałożone na progresywno rockowy szkielet. Panowie już jakiś czas temu wybili się ponad wszelkie ramy gatunkowe, a ich projekt na przestrzeni aktów I-V zapuścił się na tak odległe tereny, że stworzył dla siebie swoją własną kategorię. Rolę pierwszych skrzypiec może tu z równą łatwością przejąć żeński chór, sekcja dęta, pianino lub organy Hammonda, jak gitara elektryczna, nieprawdopodobnie dynamiczny głos wokalisty czy perkusja, choć nie da się ukryć, że kompozytorzy starali się raczej wyciągać na pierwszy plan te mniej oczywiste elementy utworów, dzieki czemu te nabierają niepowtarzalnego charakteru.
Zachwycająca jest również mieszanka nastrojów, jakimi częstuje nas The Dear Hunter. W jednej chwili skoczne, energiczne kawałki są w stanie przygnieść potęgą i ponurym brzmieniem symfonicznym, lub przejść do minimalistycznych, akustycznych, nieco rozluźniających atmosferę klimatów. Bogactwo form, środków i brzmień bije tu z każdego zakamarka i pozwala na długi czas zanurzyć się w świat płyty i z każdym kolejnym jej odtworzeniem odnaleźć w niej nowe, wspaniałe szczegóły. Chociaż nie do końca podoba mi się, spokojniejszy, mniej przytłaczający kierunek, w który skręca druga połowa albumu, to trzeba podkreślić, iż nawet w bardziej oszczędnych kompozycjach udało się ukryć tyle smaczków, a także tak wiele wartościowych zagrywek, że nie można narzekać na nudę. Utwory są tu zarówno chwytliwe, jak i skomplikowane, mają nieco oldskulowy klimat dawnego jazzu, lecz są niezaprzeczalnie, niezwykle świeże, a ich rockowy rdzeń wspaniale wspiera wszelkie niesztampowe decyzje podjęte przez twórców.
Poziom produkcji idzie tu w parze z jakością kompozycji, czego z pewnością należało oczekiwać, bowiem w tak monumentalnej, bogatej muzyce jest to kwestia kluczowa. Piękne, przestrzenne, czyste brzmienie pozwala dziełu rozwinąć swoje skrzydła oraz zachwycić wszystkim, co tylko wyobraźnia twórców miała do zaoferowania. Muszę podkreślić zatem rzecz, o której mówiłem przy okazji "Act IV: Rebirth In Reprise", lecz jest równie aktualna tutaj - tego krążka wręcz nie wypada słuchać na miernym sprzęcie i w niezachwycającej jakości.
Poprzednie dzieło The Dear Hunter prawdopodobnie wciąż pozostanie moim ulubionym, głównie ze względu na nieco zbyt spokojną drugą część ich najnowszej płyty, lecz z pewnością panowie nie stracili swojego talentu i prą do przodu równie mocno, co do tej pory. "Act V: Hymns with the Devil in Confessional" to genialne dzieło, z którym żaden fan bogatej muzyki nie rozstanie się szybko. Teraz pozostaje tylko czekać w napięciu, co Casey Crescenzo miał na myśli mówiąc, że akt piąty będzie ostatnim rockowym albumem w serii. Ja już nie mogę się doczekać.

9/10

czwartek, 15 września 2016

Recenzja - Norma Jean - Polar Similar

Norma Jean - Polar Similar

Łączenie metalu z hardcore punkiem nie jest tak prostym zadaniem jak się wydaje. Na pierwszy rzut oka gatunki te pasują do siebie jak ulał, lecz historia pokazała nam już wielokrotnie - niektórzy biorą z nich tylko to co najgorsze, starając się usprawiedliwić w ten sposób swój brak umiejętności wykonawczych, bądź kompozytorskich. Na całe szczęście możemy liczyć na takie zespoły jak Norma Jean, które przypominają jak wiele interesujących treści da się wycisnąć z takiego połączenia, jeśli tylko stoją za nim uzdolnieni muzycy.
Na "Polar Similar" panowie coraz bardziej odchodzą od swoich szalonych, mathcore'owych inspiracji, które były wyraźne jeszcze na ich poprzednim wydaniu, starając się zaatakować słuchacza w sposób bardziej charakterystyczny dla metalu. Tym razem utwory z reguły zauważalnie zwalniają tempa jednocześnie wbijając słuchaczy w ziemię brudnym, niskim brzmieniem gitar, które na myśl przywodzi takie gatunki jak sludge czy doom metal, jednocześnie zachowując prostą, lecz efektowną oraz chwytliwą punkową konstrukcję samych riffów. Pikanterii dodaje głos Cory'ego Putmana, który przez większość czasu balansuje na cienkiej granicy między growlem, a hardcore'owym krzykiem, a kiedy próbuje swoich sił w bardziej melodyjnych fragmentach, wtedy również pokazuje pazur swoim czystszym, aczkolwiek zachrypniętym wokalem. Wielkim plusem albumu są również niezwykle intrygujące kompozycje. Twórcy bez większego problemu mogli stwierdzić, że zważywszy na swoje korzenie dadzą radę pójść na łatwiznę i zmienić swoje nowe dzieło w ciąg podobnych wściekłych, agresywnych, schematycznych kawałków, które słyszeliśmy już wiele razy, lecz tak nie zrobili. Utwory są naprawdę zróżnicowane, zaskakujące, nieschematyczne i prezentują szeroki wachlarz nastrojów oraz inspiracji. Kompozytorzy nie bali się dodać niezwykle gęsto rozsianych nastrojowych fragmentów, przywodzących na myśl Deftones, przerywników w postaci niepokojących sampli, westernowego "III. The Nebula" czy kilku zagrywek w southern rockowym klimacie. Oszczędności nie dotknęły również partii sekcji rytmicznej. Praca perkusji nie popada w banał i miejscami jest równie, a niejednokrotnie bardziej interesująca, niż popisy gitarowe. Także linie basowe miejscami wybijają się na pierwszy plan, a miks wyraźnie je podkreśla, czasem nawet zbyt mocno. Niestety nagraniu daleko do ideału. Kiedy tylko w utworach zaczyna dziać się zbyt wiele, dźwięk staje się nieprecyzyjny, a partie zlewają się ze sobą w jedną wielką ścianę dźwięku. Bardzo prawdopodobne, że właśnie tak miało być w zamyśle twórców, lecz nie jestem fanem takiego podejścia. Miejscami ciężko też zrozumieć zauważalną, rozmyślną kompresję wokali, która nie wnosi wiele, do już i tak brudnego, ciężkiego brzmienia płyty. Nie są to jednak wady odbierające przyjemność ze słuchania, a niektórym mogą się wręcz podobać.
Norma Jean zaprezentowali nam jak należy poruszać się na granicy światów metalu i punku łącząc ich elementy tak, by te wzbogacały się wzajemnie, a jednocześnie nadać całości unikalny charakter. "Polar Similar" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów ciężkich brzmień podanych w unikatowy sposób. Temu albumowi nie można zarzucić braku ambicji, ani pójścia na łatwiznę. To nieoszlifowany diament, piękny w swej nieokrzesanej naturze.

9/10

środa, 14 września 2016

Recenzja - Evergrey - The Storm Within

Evergrey - The Storm Within

Metal progresywny, jak sama nazwa wskazuje powinien przesuwać granice gatunku i stanowić rzeczony progres względem wszystkiego, co do tej pory słyszeliśmy. Niestety bardzo wiele zespołów, zwłaszcza starej gwardii tej sceny wyjątkowo komfortowo usadziła się w konwencji heavy-power metalu z bardziej złożonymi, zróżnicowanymi kompozycjami i nie ma zamiaru jej opuszczać. Chociaż w takim brzmieniu nie ma nic złego, to nie da się w ten sposób zdziałać cudów, a już na pewno nie odkrywa ono żadnych nowych terenów.
"The Storm Within" to świetnie napisany, mistrzowsko wykonany i zupełnie nieoryginalny album. Kompozycje są tu niezwykle bogate i przemówią do każdego fana klasyki metalowej progresywy. Również sama ich różnorodność nie daje powodów do narzekań, bowiem muzycy nie pisali wszystkiego na jedno kopyto, lecz przeplatali ze sobą utwory o różnych nastrojach oraz charakterach. Gitarzyści nie szli na łatwiznę. Nawet, gdy usuwają się na dalszy plan, przesunięcie to nie wiąże się ze spadkiem złożoności ich zagrywek, natomiast kiedy przychodzi czas na solówki trudno nie zachwycić się ich kunsztem wykonawczym. Zawsze w tle pojawia się partia, na której warto zawiesić ucho i nie tyczy się to tylko gitar. Wszechobecne klawisze nadają całości większej głębi i wspaniale wzbogacają brzmienie, a niejednokrotnie, bardzo zasłużenie skupiają na sobie światła reflektorów. Liniom wokalnym Toma Englunda również nie można wiele zarzucić. Nawet jeśli nie popisuje się on zbyt szeroką dynamiką głosu, to same melodie wokalne są zwykle odpowiednio rozbudowane i podkreślają imponującą skalę, jaką dysponuje. Smaku dodają wszelkie drobne dodatki w postaci gościnnych, żeńskich wokali w wykonaniu Floor Jansen, chórków, elektroniki czy brzmień symfonicznych, które dzięki czystej i przestrzennej produkcji wywierają imponujące wrażenie.
Taki opis brzmi znajomo, prawda? Dzieje się tak ponieważ tak naprawdę wszystkie te elementy już gdzieś słyszeliśmy i to nie tylko osobno. Na dobrą sprawę tak powinno wyglądać minimum, którego należy oczekiwać od każdego porządnego albumu metalowego w dzisiejszych czasach. Problem "The Storm Within" polega na tym, iż zdecydowanie brakuje na nim zaskoczeń. Próżno szukać tu świeżych wizji i odważnych posunięć. Panowie napisali swój album dokładnie tak, jak było w instrukcji. Zrobili to niezwykle fachowo, lecz wielka szkoda, że nie dodali nic od siebie.
Nowe dzieło Evergrey to bez wątpienia kawał solidnej muzyki, który powali fanów ich dotychczasowych osiągnięć. Ci, którzy nie znudzili się jeszcze klasyczną formą progresywnego metalu również śmiało mogą sięgać po to wydanie, lecz uważam, że w tym gatunku należy oczekiwać trochę więcej. Jest to kawał dobrej roboty, który jednak nie zmieni niczyjego życia.

8/10

sobota, 10 września 2016

Recenzja - Devin Townsend Project - Transcendence

Devin Townsend Project - Transcendence

Muzyka Devina Townsenda występuje we wszelkich kształtach i rozmiarach. Ten muzyk jak żaden inny zgrabnie lawiruje między gatunkami z każdym kolejnym wydaniem zaskakując swoich fanów oraz udowadniając, że jest w stanie stworzyć arcydzieło praktycznie w każdym stylu. Jest dokładnym przeciwieństwem wszystkich kurczowo trzymających się przeszłości metalowych tradycjonalistów, zanudzających publiczność kolejnymi bliźniaczo podobnymi albumami i właśnie dlatego na jego kolejne wydania czeka się z zapartym tchem.
Tym razem Devin postanowił odwiedzić bardziej nastrojowe tereny, na które zapuszczał się już przy okazji albumów takich jak "Terria", "Accelerated Evolution", czy "Infinity", którego wstęp - "Truth" nagrał z tej okazji ponownie (chociaż znalazłoby się kilka bardziej godnych odświeżenia utworów na tej płycie, to i tak przyjemnie jest usłyszeć tę kompozycję nagraną w bardziej nowoczesnych warunkach). Od razu zatem wiadomo, iż znajdziemy tu masę pogłosu, spokojnych melodii, lecz także wiele niezwykle wpadających w ucho motywów, które zostaną z nami jeszcze długie miesiące, jeśli nie lata. W pierwszym momencie może wydawać się, że utwory nie są tu zbyt złożone, lecz po dokładniejszym wsłuchaniu się odkrywają swoją prawdziwą głębię. Choć linie melodyczne przewijające się na pierwszym planie nie należą do najbardziej skomplikowanych, to cała zabawa zaczyna się, gdy próbujemy wyłapać wszystko, co kompozytor ukrył dla nas w sekcji rytmicznej oraz w tle. Najlepszym przykładem jest wyśmienite "Failure". Już sama solówka, swoją drogą prawdopodobnie najlepsza w twórczości Townsenda od czasu oszałamiającego "Deep Peace", wystarczyłaby aby powalić słuchaczy, lecz nieprzewidywalne, często zmieniające się schematy rytmiczne dodatkowo powodują opad szczęki. Ponadto dużo smaku całości dodają niezwykle bogate aranżacje zachwycające elementami symfonicznymi, akustycznymi, chórami, duetem wokalnym Devina i Anneke van Giersbergen (której jednak nie usłyszymy tak dużo jak na kilku wcześniejszych płytach), a także szczodrym użyciem klawiszy. Ponadto każda z piosenek jest wyjątkowa na swój własny sposób. Przywołujące wspomnienia "Truth", wcześniej wspomniana solówka z "Failure", złożone partie gitarowe na "Secret Sciences", Potężne uderzenie ciężaru na "Higher", chwytliwość "Stars", szalone klawisze na "Offer Your Light", czy niespodziewany cover "Transdermal Celebration" - wszystko to sprawia, że "Transcendence" sprawia wrażenie naprawdę przemyślanego i dopracowanego albumu, który nie ma prawa szybko się znudzić. Jedyna wada jakiej można się tu dopatrzyć to sporadyczne dłużyzny, które nawiedzają większość albumów skupionych na budowaniu nastroju, lecz nie są zbyt uciążliwe.
Od strony produkcyjnej mamy tu do czynienia z typowym stylem, do jakiego już dawno przyzwyczaił nas Devin Townsend. Nie oszczędzał na pogłosie, przez co kompozycje sprawiają bardziej monumentalne wrażenie, a przestrzenność dźwięku jest wręcz niewiarygodna, aczkolwiek wyłowienie wszystkich smaczków ukrytych w kompozycjach może okazać się wyzwaniem. Posiadacze lepszego sprzętu nie będą mieli z tej racji większego problemu, lecz na głośnikach z laptopa, bądź tanich słuchawkach lepiej od razu dać sobie spokój. W warstwie wykonawczej szczególny popis dał tu perkusista, Ryan Van Poederooyen, którego nabicia nieraz rozkładają na łopatki. Podobnie jego kolega z sekcji rytmicznej, dbający o niskie częstotliwości Brian Waddel, dla którego warto wsłuchać się w pasmo basu.
Ostatnia ważna sprawa to dodatkowy dysk, który znaleźć można w Deluxe Edition krążka. Absolutnie, w żadnym razie nie wolno go pominąć, bowiem jest tak samo dobry, a może nawet i lepszy niż zawartość podstawowa. Z pewnością materiał jaki można tam znaleźć jest o wiele bardziej zróżnicowany, jednak wyraźnie gorzej zmiksowany. Znajdziemy na nim wiele nieoszlifowanych diamentów, które musi usłyszeć każdy fan Townsenda. Prawda - niejednokrotnie odstraszy nas nieporządek w nagraniu, głuchy bas czy nadmierna kompresja jednak kompozycje niczym nie ustępują tym, które dostały się na główny krążek.
Devin po raz kolejny popisał się swoim niebywałym talentem kompozytorskim i dodał do swojej, już i tak obszernej dyskografii kolejny genialny album. "Transcendence" nie musi przypaść do gustu już przy pierwszym przesłuchaniu, jednak dużo zyskuje z każdym kolejnym odtworzeniem. W ten album należy się wsłuchać i pojedynczo wyławiać kolejne świetne pomysły, które ukryli w nim twórcy.

9/10

poniedziałek, 5 września 2016

Recenzja - Sodom - Decision Day

Sodom - Decision Day

Niemiecki thrash metal zawsze był o wiele bardziej skupiony na ciężarze brzmienia, niż jego amerykański odpowiednik. Dla wielbicieli agresywniejszej muzyki jest to zdecydowanie zaletą, lecz ma również swoje wady. Niestety przez brak spokojniejszych, bardziej melodyjnych przerywników, czy innych zmian nastroju dużo łatwiej się nim znudzić, zwłaszcza kiedy zespoły nie wprowadzają do swojej muzyki wielu nowości z biegiem lat. Niestety Sodom z reguły nie był zespołem popisującym się szczególną kreatywnością, a po "Epithome Of Torture" myślałem, że oto nadszedł czas, kiedy ich muzyka ostatecznie przestała mnie bawić. Sprawa nie prezentuje się jednak tak prosto.
"Decision Day" nie jest jednym z albumów, które warto dogłębnie analizować, czy rozkoszować się jego delikatnymi niuansami. Mamy tu kawał solidnego, ostrego thrash metalu, który potrafi do siebie przyciągnąć słuchaczy jedynie siłą solidnych zagrywek gitarowych, a także genialnymi przejściami perkusyjnymi, o które pierwszorzędnie zadbał Markus Freiwald. Album dość rzadko spuszcza z tępa i stale utrzymuje charakterystyczną dla gatunku agresję. Fani zespołu najprawdopodobniej będą tą informacją zachwyceni, lecz jest to także główny powód dla którego płyta nie może równać się choćby z ostatnim dziełem Death Angel. Nawet pomimo licznych, bardzo solidnych i zapadających w pamięć riffów, w pewnym momencie monotonia wyraźnie zaczyna dawać się we znaki. Nie da się ukryć, że "Decision Day" nie został stworzony do słuchania raz po raz, bez przerwy. Dużo lepiej sprawdza się w formie pojedynczych piosenek, a przede wszystkim jako porcja świetnego materiału koncertowego. Szybkie, proste kompozycje z pewnością bez najmniejszego problemu porwą tłum, a zapadające w pamięć motywy sprawią, iż fani będą domagać się ich na setlistach, jednak słuchane w domowym zaciszu prędzej czy później zaczną przyprawiać o opadanie powiek. Nie ma tu wiele więcej do powiedzenia. Poszukiwacze dobrze napisanych zagrywek gitarowych znajdą tu coś dla siebie, lecz wielbiciele różnorodności powinni skierować się gdzie indziej.
Choć wielokrotnie wyrzucałem zespołom brak innowacji, często ciągnąc przy tym ocenę mocno w dół, tym razem nie uważam by było to do końca uczciwe. Najnowsze dzieło Sodom ma w sobie wiele całkiem niezłych pomysłów, które działają całkiem nieźle, lecz niestety wszystkie są do siebie bardzo podobne. Utwory z "Decision Day" dużo łatwiej byłoby docenić, gdyby obłożone zostały kilkoma bardziej wyjątkowymi kompozycjami. Nie mogę zatem do końca polecić unikania tej płyty, aczkolwiek zdecydowanie lepiej jest zapoznawać się z nią po fragmencie, niż z marszu słuchać jej w całości.

7/10

piątek, 2 września 2016

Recenzja - Twelve Foot Ninja - Outlier

Twelve Foot Ninja - Outlier

"Silent Machine" było fenomenem zwłaszcza zważywszy na moment, w którym została wydana - rok 2012, kiedy to djent był u szczytu swojej popularności, co za tym idzie, debiuty w tym gatunku pojawiały się jak grzyby po deszczu, a konkurencja była naprawdę silna. Twelve Foot Ninja jednak, choć z pewnością zalicza się do tego nurtu, to nigdy nie dało się związać w jego granicach i dzięki łączeniu odległych konwencji stworzyli niezapomnianą mieszankę, która wyróżniła ich z tłumu. "Outlier" miał zatem przed sobą spore wyzwanie, jeśli chciał utrzymać poziom poprzednika. Na całe szczęście twórcy nie wyszli z formy.
Muzyka tych panów to kompletne szaleństwo z radością machające środkowym palcem do wszelkich utartych schematów i przyjętych wzorców. Kompozytorzy zrobili wszystko, by uciec monotonii i zaskakiwać słuchaczy na każdym kroku. Choć całość faktycznie opiera się na synkopowanych, niskich riffach kojarzonych z djentem, to jest to jedynie podstawa, na której twórcy puścili wodze fantazji. Dzięki temu znajdziemy w ich mieszance takie gatunki jak ska, reggae, jazz, funk, japoński czy australijski folk, dubstep, rap, a i na tym smaczki się nie kończą, bowiem aranżacje są tu wybitnie bogate oraz ciągle skaczą między nastrojami. Muzycy nie oszczędzali na użyciu instrumentów akustycznych i chórków (zarówno męskich, jak i żeńskich), niejednokrotnie również zaskoczą nas akcenty symfoniczne lub klawiszowe. Należy również dodać, iż cały ten przepych to otoczka dla niebywale chwytliwych melodii, których praktycznie nie da się wyrzucić z pamięci. Mamy tu do czynienia ze świetnym połączeniem ciężaru i kreatywności, podanym w nader przystępnej formie, które urzeknie nawet niedzielnych słuchaczy.
Jest tu praktycznie wszystko, czego można byłoby sobie zamarzyć, choć wykonawcy nie popisują się nadludzkimi umiejętnościami wykonawczymi. Siła tego wydania polega na kreatywnych kompozycjach, w których wiele się dzieje. Nie potrzeba zatem rozbudowanych pasaży i nabić niczym z karabinu maszynowego, by osiągać tak niesamowite rezultaty, do tego wystarczy całkiem pokaźna ilość nietuzinkowych pomysłów. Nie znaczy to bynajmniej, iż instrumentaliści nie są uzdolnionymi muzykami. Poziom wirtuozerii Archspire czy First Fragment nie jest tu po prostu konieczny, a wykonawcy znajdują wiele sposobów, by zabłysnąć. Solówki basowe lub fantastyczne przejścia perkusyjne nie są rzadkością, a głos Nicka Barkera urzeka. Jego oryginalna barwa w połączeniu z szeroką skalą i niesamowitą dynamiką śpiewu sprawiają, że jest to dość często jedna z najlepszych części utworów zespołu.
Nie można mieć również zastrzeżeń do produkcji. W studiu świetnie udało się wyczyścić nagranie tak, by dźwięk był odpowiednio precyzyjny, a poszczególne partie możliwe do wyłapania bez większego wysiłku. W tak rozbudowanych aranżacjach było to kluczowe i wcale nie takie proste, zwłaszcza przy zachowanej przestrzenności brzmienia. Również nie znajdziemy problemów z dynamiką nagrania, nawet pomimo tak częstych zmian natężenia i nastroju. Produkcja zdecydowanie sprostała tu wymaganiom materiału.
Ciężko znaleźć równie zróżnicowany i kreatywny album co "Outlier". Z pewnością trudno zarzucić mu, że nie dorasta do poziomu poprzednika, jednak nie sposób stwierdzić, czy to szczególnie duży krok do przodu. Fani debiutu grupy pokochają nowy materiał swoich idoli, a ci, którzy jeszcze grupy nie znają mają świetna okazję by naprawić ten błąd. W moich głośnikach ta płyta będzie gościć jeszcze długi czas i żywię wielką nadzieję, że na kolejny album nie będziemy musieli czekać kolejnych czterech lat.

9,5/10