niedziela, 1 stycznia 2017

Top 2016 - miejsca 25-16

Miniony rok był dla mnie dość pracowity. Z jednej strony nie byłem w stanie napisać o wszystkim, o czym chciałem wspomnieć, lecz z drugiej miałem powód by omijać wydania, które od samego początku nie dawały wielkich nadziei. Mimo to udało się znaleźć wiele świetnych, oryginalnych wydań, które po raz kolejny dowodzą, że ci, którzy głoszą, iż "metal to już nie to co za starych dobrych czasów" są zwyczajnie zbyt leniwi by poszukać czegoś wartego uwagi.
Przypominam, że jak zwykle kolejność na liście nie odwzorowuje ocen w recenzjach. Nie wszystkie albumy równie dobrze znoszą próbę czasu, niektóre świetne płyty zwyczajnie pomimo swoich zalet nie do końca do mnie trafiają, a po innych spodziewałem się więcej.

25. Myrath - Legacy

Można odnieść wrażenie, że w tym roku metal stał się dużo mniej chwytliwy, niż w poprzednim, lecz Myrath dał nam świetny przykład power metalu, który jednocześnie zapada w pamięć i nie razi prostotą, ani nie jest pozbawiony osobowości. Przyjemna nuta progresywy sprawia, że utwory nie nudzą szybko, a wszechobecny bliskowschodni folk dodaje całości unikatowego charakteru. Może motywy przewodnie są tu proste i chwytliwe, lecz nie można zarzucić nikomu lenistwa, ani braku inspiracji. Przystępną muzykę również da się zrobić dobrze, a "Legacy" to najlepszy dowód.



24. Witherscape - The Northern Sanctuary

Witherscape to swoisty przekrój przez twórczość Dana Swanö. Wielbiciele rocka dawnych lat pokochają niesamowity, lekko zachrypnięty śpiew, zapadające w pamięć refreny oraz nastrojowe partie klawiszowe, natomiast ci, którym łezka się w oku kręci na myśl o Edge Of Sanity z pewnością zachwycą się niesamowitymi riffami oraz cięższymi, growlowanymi partiami. Wszystko to połączone po mistrzowsku dzięki niesamowitemu talentowi kompozytorskiemu twórcy dało nam jeden z najlepszych albumów metalowych roku.



23. Anaal Nathrakh - The Whole Of The Law

Zespoły pokroju Infant Annihilator, starające się podkręcić brutalność w swojej muzyce do granic absurdu i tak nie są w stanie mierzyć się z dzikim szaleństwem Anaal Nathrakh. Z całą pewnością "The Whole Of The Law" to najcięższy album tego roku, lecz sam ten fakt nigdy nie zagwarantowałby mu miejsca w ścisłej czołówce tego roku. Tajemną sztuka jaką opanowali ci panowie jest przemycanie przy tym mnóstwa zapadających w pamięć motywów, a także piękna, w postaci chóru, lub ujmujących solówek gitarowych. Nieprawdopodobnie ostry, lecz nie bezmyślny - oto przykład ekstremalnego metalu z najwyższej półki.



22. Insomnium - Winter's Gate

Melodeath w tym roku był dość rozczarowującym gatunkiem. Omnium Gatherum, In Mourning, Be'lakor - wszyscy wypadli nieco poniżej oczekiwań. Jednak Insomnium postanowiło za pomocą charakterystycznego, chłodnego, skandynawskiego brzmienia stworzyć coś nowego. Panowie porwali się na wielką formę albumu jednej piosenki. Okazuje się, iż te elementy pasują do siebie idealnie, a twórcom udało się nakreślić potężny, lecz piękny zimowy krajobraz pełen zarówno gwałtownych porywów burzy śnieżnej, jak i nastrojowych, łagodnych momentów spokoju. Chociaż singlowe numery Insomnium zawsze najlepiej zapisywały się w mojej pamięci, to warto docenić tak ambitne eksperymenty.



21. Oracles - Miserycorde

Elementy symfoniczne zbyt długo służyły do zmiękczania ekstremalnego metalu tak, by stawał się zjadliwy dla mas. Przez tę niechlubną tradycję pomysł na Aborted z żeńskimi wokalami i orkiestrą mógł wydawać się niezbyt trafiony. Na całe szczęście twórcy podeszli do tematu poważnie, dzięki czemu fragmenty death metalowe nie straciły swojego ciężaru, elementy symfoniczne nadają tylko brzmieniu potęgi, a czysty śpiew dba o to, by utwory zapadały w pamięć. Skoro Fleshgod Apocalypse nie pozostają już sami na placu boju, to może symfoniczny death metal niebawem stanie się dużo szerszym nurtem.



20. Aborted - Retrogore

Będąc już przy temacie Aborted warto wspomnieć jak nieprzyzwoicie wspaniałe jest ich ostatnie dzieło. Chociaż początkowo wydawał mi się jedynie niezwykle porządnym albumem death metalowym bez większych innowacji, to przez następne miesiące nie potrafiłem się od niego oderwać. "Retrogore" nie łamie konwencji i nie przeciera nowych szlaków, lecz urzeka technicznym mistrzostwem w warstwie wykonawczej oraz riffami, które pomimo swojej agresji działają wręcz uzależniająco, choć trafi tylko do fanów mocnych wrażeń.



19. After The Burial - Dig Deep

Ekstremalnych wrażeń ciąg dalszy, choć tym razem z obozu ośmiostrunowych gitar i zabawy rytmem. After The Burial pomimo tragicznej straty jednego ze swoich gitarzystów - Justina Lowe dostarczył nam jeden z najlepszych albumów w swojej karierze. "Dig Deep" można zarzucić niezbyt porządne nagranie, czy miejscami dość proste zagrywki, lecz nie brak energii, ciężaru, czy umiejętności muzyków. Czysta potęga djentu i synkopowanych, niskich riffów staccato jest tu świetnie dopełniana niesamowitymi partiami gitary prowadzącej. Nie jest to szczyt wyrafinowania, lecz z pewnością świetna rozrywka.



18. The Dillinger Escape Plan - Dissociation

W tym roku straciliśmy wielki zespół, pionierów używania chaosu i dysonansu z głową. Ich prezent pożegnalny to świetne podsumowanie ich twórczości. Nagłe wejścia sekcji dętej, niepokojące elektronika i kompletny brak szacunku do ustalonych schematów - czyli wszystko za co ich kochamy. Choć mathcore w pewnym sensie przeżyje koniec działalności The Dillinger Escape Plan, to wątpię, że szybko usłyszymy tak bogatą mieszankę stylów połączonych w ten niesamowity, niepoukładany sposób. "Dissociation" to ostatnia na to szansa, której nie wypada zmarnować.



17. Devin Townsend Project - Transcendence

W twórczości Devina Townsenda ostatnio można zauważyć pewną dziwną tendencję - dodatkowa zawartość jego albumów zwykle jest dużo lepsza niż podstawowa i tak też jest w tym przypadku. Wprawdzie "Transcendence" to świetny album, który pokochają wszyscy fani bardziej nastrojowej części jego twórczości i ma kilka naprawdę genialnych momentów (nawet na skalę pamiętnej solówki z "Deep Peace"), lecz to dysk dodatkowy, na którym bawi się konwencjami naprawdę zwala z nóg. Choć efekty i tak są więcej niż zadowalające, to myślę, że gdyby Devin na zawartości podstawowej pozwalał sobie na taką samą swobodę, co na materiale bonusowym mogłaby powstać jedna z najlepszych płyt w jego karierze.



16. Thank You Scientist - Stranger Heads Prevail

Niestety, The Dear Hunter, choć zwykle jest bezkonkurencyjny w dziedzinie rocka progresywnego, tym razem musiał uznać wyższość Thank You Scientist. "Stranger Heads Prevail" to dość niespotykany twór - album rockowy, który faktycznie brzmi niepowtarzalnie (w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu), a jednocześnie przeciera zupełnie nowe szlaki. Ciągła obecność sekcji dętej, która jednak nie zastępuje standardu rockowego w postaci gitary elektrycznej, lecz wzbogaca kompozycje to wyjątkowo przyjemny powiew świeżego powietrza. Oryginalny, lekki i zapadający w pamięć - fani tych określeń nie mogą przegapić tego wydania.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza